Tygodniowe Inspiracje Muzyczne #10

Od jakiegoś czasu obserwuję u siebie zainteresowanie jazzem. Kiedyś uznawałem tą muzykę jako coś strasznego, od czego tylko głowa może rozboleć i nie nadaje się do słuchania. Tylko jak to ze mną bywa, wolę kawałki starsze, klasyczniejsze i w  ogóle tzw. retro 😉 Dlatego serwuję Wam dziś porcję klasyki gatunku, która w tym tygodniu zamieszkiwała moje głośniki. Zasłuchajcie się w te brzmiące i ćmiące trąbki, które jeszcze niedawno przyprawiały mnie o mdłości i ból głowy. 


1. Geroge Gershiwn
– Błękitna Rapsodia – 

2. Duke Ellington
– Take The A Train –
3. Ella Fitzgerald & Duke Ellington
– It Don’t Mean A Thing If It Ain’t Got That Swing – 
4. Glen Miller
– In The Mood –
5. Artie Shaw
– Traffic Jam –

Bobiczek – śmierć może jednak okazać się tematem komedii

Wczoraj miałem ogromną przyjemność być na kolejnym spektaklu w moim miejskim Teatrze Zagłębia. Już nie raz tutaj wspominałem o sztukach, na których byłem (TUTAJ i TUTAJ). Tak będzie i tym razem, ponieważ uważam, że naprawdę warto wybrać się na tę komedię, gdzie życie miesza się ze śmiercią, a wieczność z teraźniejszością.


Ślub, czy pogrzeb

Jest to najtrudniejszy wybór, jaki muszą podjąć bohaterzy. Czy wyprawić wyczekiwane od zawsze wesele córki, czy podążyć zgodnie z tradycją i przełożyć wesele oraz wziąć udział w pogrzebie ciotki. Spektakl ten jest właśnie pełen podobnych kontrastów i wyborów, które zawsze będą mniejszy złem. A wszystko to w połączeniu przerysowanymi postaciami tworzy komedię, która mimo kilku tragicznych w skutkach wątków daje pozytywne wrażenie.

Śmierć na wesoło

Sam moment śmierci przedstawiony przez Levina w Bobiczku jest dosyć zaskakujący i komiczny. Została tutaj zaburzona cała powaga ostatnich chwil człowieka oraz jego ostatnie tchnienie. Już sam jej posłaniec, Anioł Śmierci w swoim wyglądzie i stale uśmiechniętym obliczu zaburza jej pierwotnie posępny widok.

Ludzie i ich oblicza

Mnogość charakterów i zachowań bohaterów Bobiczka pozornie może wydawać się surrealistyczna i dosyć przerysowana, jednak po dłuższym zastanowieniu można się przekonać, że takie zachowania towarzyszą nam na co dzień. Często przecież spotykamy ludzi, którzy wszystko negują, którzy udają kogoś kim nie są, czy takich którzy nie dopuszczają do siebie złych informacji, wmawiając sobie i innym, że nic się nie stało, tylko po to żeby wykonać swój plan na życie.  

W tym miejscu nie pozostaje mi nic innego, jak Was zaprosić na Bobiczka w Teatrze Zagłębia, byście sami mogli się przekonać, jak zachowuje się człowiek w chwili, gdy jego misterny plan, przygotowywany od lat może upaść z powodu, czyjegoś nieszczęścia. A kiedy będzie Bobiczek, lub inne spektakle, kieruję Was do repertuaru.

DIY: woreczki lniane – drugie życie spodni lnianych

Do przygotowania dzisiejszego wpisu, jak i samych woreczków przymierzałem się już od dawna. A to nie było czasu, a to maszyna była w innym pokoju, a to po prostu nie miałem na to ochoty, tak po ludzku. Za to dzisiaj w końcu się zmotywowałem, bo to pierwszy dzień jesieni, bo na dworze zimno i nie ma co robić. Wyciągnąłem maszynę do szycia, wyprasowałem stare lniane spodnie i zacząłem dzieło.

Już w tytule wspomniałem, że owe woreczki zrobiłem ze starych znoszonych spodni lnianych, które już się nie nadawały do noszenia. Właściwie użyłem tylko nogawek, środkowej ich części. 
Najpierw odciąłem spód nogawki oraz samą nogawkę w miejscu, gdzie zaczęła się już rozszerzać.

Tak zrobiłem z obiema nogawkami.

Uzyskałem dwa prostokątne kawałki materiału, które później stały się woreczkami. Kolejnym krokiem było wywinięcie ich na drugą stronę oraz wywinięcie brzegu, na około 4 cm i zaprasowanie go.

Następnie w miejscu zaprasowania odgiąłem materiał po raz kolejny i zaznaczyłem miejsce nacięcia dla otworów wstążki.

W nacięcia włożyłem wstążkę, aby sprawdzić czy ich wielkość jest odpowiednia. Na jeden woreczek użyłem ok. 65 cm tasiemki.

Otwory obrzuciłem na maszynie, co było nie lada wyzwaniem, bo robiłem takie coś na maszynie po raz pierwszy. Wyszło, jak wyszło. Uznałem, że przy lnie należy to zrobić, bo pod wpływem użytkowania mógłby zacząć się pruć.

Pozostało jedynie zaszycie woreczków od spodu oraz w miejscu zagięcia, co zrobiłem z już wpuszczoną tasiemką.

Wszystkie szycia zrobiłem na maszynie, ale uważam że z powodzeniem można również takie woreczki zszyć samemu, ręcznie. No może z wyjątkiem obrzucania otworów od tasiemki, choć może znajdą się też i tacy utalentowani krawcy, którzy o to potrafią zrobić sami.

Moim zdaniem takie wykorzystanie znoszonych spodni jest świetną formą recyklingu, ponieważ nie trafią one od razu na śmietnisko, tylko jeszcze przez kilka lat posłużą nam jako idealna forma do przechowywania suszonych grzybów, czy orzechów. Po co kupować nowe woreczki, jak można sobie samemu takie zrobić, zupełnie za darmo?

Tygodniowe Inspiracje Muzyczne #9

W tym tygodniu na dworze robiło się coraz bardziej sennie i jesiennie. Mimo, że przez większość dni było jeszcze całkiem ciepło i słonecznie, to chłodne i mgliste poranki i coraz wcześniejsze wieczory bezapelacyjnie zapowiadają rychły koniec lata. Cała ta aura wprowadza w prawdziwie melancholijny nastrój, czego odzwierciedlenie będziecie mogli poniżej odczuć. Zapraszam na Tygodniowe Inspiracje Muzyczne. 

1. Natasza Zylska
– Kasztany – 
2. Leszek Długosz
– Dzień w kolorze śliwkowym – 
3. Tino Rossi
– Besame Mucho – 
4. Sława Przybylska
– Pamiętasz była jesień – 
5. Hanka Ordonówna 
– Miłość Ci wszystko wybaczy –

Ucierane ciasto z …. jeżynami

Wczoraj rano wstałem zbyt wcześnie, zdecydowanie zbyt wcześnie i miałem za dużo czasu. Nie wiedziałem co robić, bo po prostu wstałem za wcześnie. Za oknem słońce – myślę – pewnie gorąco, wyszedłem do ogrodu, trochę mnie zmroziło, ale pomyślałem, że jeszcze lato, więc nie straszne mi poranne chłody. Spojrzałem, na krzak jeżyny, było ta jeszcze sporo owoców, ale już nie takich pierwsza klasa, delikatesowych, do jedzenia prosto z krzaka. Pozostały niedobitki małe, kwaśne i w ogóle takie jakieś bidne. Stwierdziłem, że nie dam im tak po prostu zgnić i oberwałem co do ostatniej, nawet najmniejszej jeżynki. I wyszło mi z tego całkiem smaczne ciasto.

Wiem, że powyższa historyjka jest trochę przydługawa, ale musiałem 🙂 Ciasto zrobione z tego samego przepisu co ostanie, czyli szybkie, proste i przyjemne. Zmodyfikowałem oczywiście trochę. Zamiast śliwek – jeżyny, tak te jeżyny bidne, dodałem też 2 łyżki kakao. Gdybym całość polał czekoladą było by już niebiańskie. Mimo wszystko wyszło absolutnie smakowite. 

Ot tyle smakowitości wczoraj zrobiłem, a to tylko dlatego, że wstałem za wcześnie.

Trylogia Millenium

W dzisiejszym książkowym poście chciałbym polecić Wam trylogię Millenium Stieg’a Larsson’a. Są to trzy opasłe tomy będące każdy z osobna powieścią kryminalną, które łączą się postacią głównej bohaterki Lisabeth Salander. Przyznam się szczerze, że przeczytałem je z zapartym tchem.


Każda z trzech części moim zdaniem mogła by być potraktowana, jako osobna książka, choć po przeczytaniu pierwszej z nich miałem ogromny apetyt czytelniczy na następną i następną. Tom pierwszy, czyli Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet – jak to bywa zazwyczaj jest najlepszy, oczywiści w moim subiektywnym odczuciu. Najbardziej wciągająca akcja, poznanie się z głównym bohaterami oraz nieoczywiste sprawy, które zaskakująco kończą się przekreślając rzeczywistość o 180 stopni.

Kolejne dwa tomy poczynając od Dziewczyny, która igrała z ogniem do Zamku z piasku, który runął są niejako kontynuacją dwóch głównych bohaterów, czyli dziennikarza Mikaela Blomkvista oraz zaskakującej i tajemniczej Lisabeth Salaner. Szczególnie ta druga postać jest dosyć interesująca. Początkowo wydaje się czytelnikowi mroczna, niedostępna oraz niezbyt miła. Autor tak prowadzi jej losy, że z czasem zaczynamy się przyzwyczajać do jej niecodziennego wyglądu i bycia, nawet można odczuć sympatię i współczucie.



Już jakiś czas minął od momentu, kiedy po raz pierwszy sięgnąłem po Trylogię Millenium, ale zdarza mi się powracać myślami to tych pełnych emocji stronic zapisanych przez nieżyjącego już dziś szwedzkiego dziennikarza i pisarza – Stieg’a Larsson’a. Na pewno po przeczytaniu Millenium zapragnąłem pojechać kiedyś do Sztokholmu i zwiedzić miejsca opisane w książkach. Inną sprawą jest kawa, która na stronicach leje się strumieniami i która stałą się nieodłączną częścią podczas czytania każdego z tomów Trylogii Millenium.

Ucierane ciasto ze śliwkami

Za oknem panuje coraz bardziej jesienny nastrój, mimo tych wszystkich jeszcze letnich dni z dużą ilością słońca. Zawsze na początku września zaczyna się u mnie włączać instynkt gotowania, pieczenia i wekowania. Jest to chyba podświadome przygotowanie do zbliżającej się nieubłaganie zimy. A skoro na straganach sezon na śliwki, przygotowałem sobie z nich ciasto sezonowe, mocno śliwkowe i ekspresowe. 


Nie był to pierwszy raz, kiedy przygotowywałem takie ciasto, ale tym razem natrafiłem na dobry przepis (z bloga Sto Kolorów Kuchni), ponieważ ciasto przygotowywane z poprzedniego przepisu było ciastem ze śliwkami w piwnicy, czyli opadniętymi na spodzie.

Do przygotowania ciasta potrzeba:
1 szklankę cukru
pół kostki masła (100g)
2 szklanki mąki
4 jajka
łyżeczkę proszku do pieczenia
1 łyżkę esencji waniliowej
ok. pół kilo drobnych śliwek

Przygotowania należy zacząć od roztopienia masła i pozostawienia go do wystygnięcia. Następnie należy nastawić piekarnik na 200C i zacząć przygotowania. W misce należy utrzeć jaja z cukrem, a następnie dodać do nich mąkę z proszkiem do pieczenia, esencję waniliową oraz ostudzone masło. Ciasto należy już tylko przełożyć do dużej blachy, mimo iż będzie wyglądać mizernie w piekarniku ładnie urośnie. 
Na ciasto należy wyłożyć umyte, osuszone i przekrojone na połowy śliwki, skórką do dołu. Oczywiście można użyć większych śliwek, ale moim zdaniem drobne wyglądają znacznie lepiej oraz słabiej obciążają ciasto, które się piecze i wyrasta. 
Całość należy piec 40-50 minut w 200 stopniach. Po tym czasie uzyskuje się dużą blachę ciasta idealnego na wkraczającą nieśmiało w próg lata jesień. Jest to smak, który zawsze będzie mi się już kojarzył z ciepłymi wrześniowymi dniami. 

Czerwone Zagłębie – moje wrażenia po premierze

W piątkowy wieczór miałem przyjemność być na premierze spektaklu pt. Czerwone Zagłębie, która odbyła się w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Mimo, że wcześniej brałem udział w promocji tej sztuki do końca nie wiedziałem, czego mogę się po niej spodziewać. Jak to bywa w teatrze było trochę tragedii, trochę komedii i magiczne połączenie teraźniejszości z przeszłością, które jedynie na deskach teatralnych wypada dobrze.

Sosnowiec – centrum akcji

Tak jak już powyżej wspominałem sztuka ta było o Sosnowcu, dla Sosnowca i chyba przede wszystkim dla Sosnowiczan zarówno zamieszkujących miasto dziś, jak i dla tych, którzy budowali je miasto. Odbieram ją jako swojego rodzaju hołd dla tych, którzy zamieszkiwali je w czasach początku ciężkiego przemysłu wieku XX, poprzez ubogich użytkowników  biedaszybów oraz tych, którzy stai się mieszkańcami dopiero w czasach Gierkowskich. Na podstawie losów mieszkańców, które zmieniają się z biegiem lat i zmianami ustrojów autorzy idealnie oddali zmiany, jakie nastąpiły w całym Polskim społeczeństwie.

Węgiel – niemy bohater drugiego planu

Przez cały spektakl niemą rolę bohatera drugoplanowego pełnił węgiel i górnicza historia Zagłębia, jak i samego Sosnowca. Już od pierwszej sceny dobrze była zaznaczona jego obecność. Nie da się ukryć, że położenia Zagłębia w bezpośrednim sąsiedztwie Śląska związała te dwa regiony, które przez większość Polaków traktowane są na równi, mimo że tak bardzo się różnią, a co właśnie jest spowodowane przemysłem górniczym.

Lekcja historii dla każdego

Wcześniej myślałem, że nawet dobrze znam historię mojego regionu i miasta. Jakże się zdziwiłem po obejrzeniu tego spektaklu. Wiele historii, o których coś tam gdzieś słyszałem teraz nie są mi już obce, jak o te o których nie maiłem bladego pojęcia. Uważam, że ta sztuka powinna być obowiązkową dla uczniów ze wszystkich Sosnowieckich szkół, jak również dla wszystkich mieszkańców. Zarówno dla tych, który (podobnie jak ja) uważają się za rdzennych i w pełni świadomych swojej  historii Zagłębiaków, jak i ci którzy nie darzą szczególnym uczuciem swojej małej ojczyzny.

Gdzie historia splata się z fikcją, a teraźniejszość z przeszłością

Bardzo lubię teatr za to, że bardzo często splata się w min to co teraźniejsze i to co dawno przeminęło oraz że czasami fikcja miesza się z faktami tworząc odrębną, teatralną rzeczywistość, która przenosi widzów w zupełnie inny świat wyobraźni. W kinie tego brakuje, ponieważ zazwyczaj w filmach wszystko jest realne, proste i podane gotowe, bez potrzeby zbytniego przemyślenia. Ponieważ i kina są bardziej dostępne szerszej publiczności, która przychodzi głównie po to żeby przestać myśleć, czy to o codzienności, czy po prostu odrywając się od sowich zajęć obejrzeć coś bez zbytniego myślenia. W teatrze jest inaczej. Podobnie było podczas tego spektaklu. Bardzo często trzeba było oddzielać od siebie to co prawdziwe, historyczne i poparte faktami od tego co zafundowała nam wyobraźnia autora.

Tygodniowe inspiracje muzyczne #8

Ten tydzień w tym cyklu blogowym nadal będzie przesycony moją współpracą z Teatrem Zagłębia w Sosnowcu, o której już wcześniej pisałem (TUTAJ). Zaczynając o pierwszej propozycji, czyli Księżyc w misce Grzegorza Turnaua, który idealnie opisuje realia teatralne i to co wyobraźnia może zrobić z prozaicznych przedmiotów. Kolejne dwa utworu pochodzą z czasów PRL, o których trochę częściej myślę ostatnio za sprawą spektaklu Czerwone Zagłębie. Prawie na samym końcu, chcę Was zabrać do początku epoki, za sprawą Ordonki. Ostatni utwór nawiązuje do zbliżającej się nieubłaganie jesieni. 

1. Grzegorz Turnau

– Księżyc w misce –
2. Natasza Zylska
– Czekolada –
3. Wojciech Młynarski
– Jesteśmy na wczasach – 
4. Hanka Ordonówna
– Książę –
5. Czesław Niemen
– Wspomnienie – 

Znajdź siłę – czyli wykład motywujący Łukasza Jakóbiaka

Wczorajszego wieczora maiłem ogromną przyjemność gościć na wykładzie motywującym Łukasza Jakóbiaka, znanego z prowadzenia Internetowego Talk Show 20m2 Łukasza. Było to dla mnie ogromne przeżycie, ponieważ czasami spotykam się z brakiem motywacji, które sprawiają, że nie robię tego na co mam naprawdę ochotę. Po za tym rok temu, kiedy zakładałem tego bloga założyłem sobie, że po roku uda mi się uścisnąć jego dłoń i zamienić kilka słów. Udało się!

Wykład odbył się w Hotelu Novotel w Katowicach, co już było dla mnie dużym zaskoczeniem. Zawsze wracając z uczelni myślałem, że podobnie, jak inne hotele i ten jest klasy PRL-owskiej. Jakie było moje zdziwienie, kiedy przekroczyłem jego próg. Nowocześnie urządzony z przyjemną i fachową obsługą. Naprawdę duże zaskoczenie.
Prowadzący wykład też bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Przed spotkaniem uważałem, że z powodu jego sławy, będzie zadufaną w sobie osobą otoczoną swoją świtą, która nie odpuszcza nawet na krok. Przyszedłem, jak to mam w zwyczaju ,około pół godziny wcześniej. Uprzedziły mnie tylko dwie osoby. Patrzę przez uchylone drzwi, a tam tylko sam Łukasz. Już zrobiło to na mnie pozytywne wrażenie. Później było jeszcze lepiej, podejście gospodarza była bardzo w porządku, czasami nawet z przymrożeniem oka. 
Cały wkład okazał się bardzo interesujący i jakże motywujący. Cały czas mi ten pozytywny nastrój nie mija. Mam wręcz ochotę zarażać nim innych. Po za tym gospodarz pokazał kilka trików, dzięki który można jeszcze bardziej się rozwijać i poszerzać swoje horyzonty. 
Najważniejszą rzeczą, jaką wyniosłem z tego wykładu jest zdanie, że w życiu trzeba się cieszyć z każdego nawet najdrobniejszego detalu, który nas spotyka. Nawet zwykła kawa może być źródłem radości i zadowolenia. Mimo, że czasami nam coś nie wyjdzie nie należy się poddawać i próbować, próbować i próbować. W końcu kiedyś nam się uda osiągnąć obrany cel. Czego dobrym przykładem jest osoba Łukasza Jakóbiaka, który jedynie dzięki swojej upartości i zawziętości stał się osobą tym kim jest dziś.
Dla mnie to spotkanie miało jeszcze jeden ważny element. Tak jak pisałem na początku, kiedy zakładałem bloga nie wiedziałem, jak będzie on wyglądał i w ogóle czy ma to jakiś sens. Oglądając któryś z odcinków 20m2 Łukasza w propozycjach na YouTube, pojawił się filmik z fragmentem wkładu Łukasza na temat jego spotkanie z Lady Gagą. Przyznam się szczerze, że był to przełomowy moment, dzięki któremu powstał Kokornus. Wówczas postawiłem sobie cel – zacząć pisać bloga i za rok spotkać się z Łukaszem Jakóbiakiem osobiście. Cel, a raczej marzenie zostało spełnione, teraz czas podjąć realizację nowego wyzwania 🙂