Banana cream pie

We czwartek pisałem o roladzie lodowej, którą przygotowałem na swoje urodziny. Nie było to jedyne ciasto, jakie przygotowałem. Inne ciasto, które zrobiłem też było eksperymentem kulinarnym. Przygotowałem banana cream pie, czyli tartę kakaową z mocno bananowym nadzieniem.

Do przygotowania potrzeba:

na ciasto:

1 i 14 szklanki mąki
7 łyżek masła
szczyptę proszku do pieczenia
1 lub 2 łyżki cukru
2 łyżki kakao
szczyptę soli

na masę bananową:

4 żółtka
23 szklanki cukru pudru
3 czubate łyżki mąki ziemniaczanej
2 szklanki mleka
łyżkę masła
szczyptę soli
3 dojrzałe banany
szczyptę kurkumy (dla koloru)

ponadto:

2 banany
małą śmietankę 30%
łyżkę esencji waniliowej

Banany na to ciasto powinny być bardzo dojrzałe, aby ich smak był bardzo intensywny. Niestety nie udało mi się znaleźć takich, więc moje podstarzałem w gorącym piekarniku, dzięki czemu trochę dojrzały. 
Jeśli chodzi o przygotowanie to należy wszystkie składniki na tartę wrzucić do miski, a następnie wymieszać, tworząc coś o konsystencji ciemnego piasku. Całość trzeba przełożyć do formy i upiec w 190 C przez 15 minut.
Masa bananowa jest w zasadzie budyniem bananowym, przygotowywanym od podstaw. Na samym początku należy odlać około 1/2 szklanki mleka i wymieszać z żółtkami, cukrem, solą, mąką i zblendowanymi bananami. Pozostałem mleko należy podgrzać z masłem.

Następnie do masy z zimnym mlekiem przelewany, dosyć ostrożnie, aby żółtka się nie ścięły, 1/4 szklanki mleka, po czym  wlewamy całość do pozostałego gorącego mleka. Teraz pozostaje tylko podgotować całość, aż do momentu kiedy zgęstnieje. Podczas gotowania można dodać odrobinę kurkumy, aby uzyskać żółty, bananowy kolor.

Kiedy masa bananowa jest już gotowa, należy przełożyć połowę na tartę. Następnie trzeba wkroić banany i całość przykryć pozostałą masą. Na samą górę wykładamy ubitą śmietankę z łyżką esencji waniliowej.

Aby smak ciasta był jeszcze bardziej ekskluzywny  można posypać je uprażonymi wiórkami lub płatkami kokosowymi.

Tygodniowe inspiracje muzyczne #6

Miniony tydzień był pod względem pogodowym bardziej jesienny, niż letni, pomimo że nadal mamy sierpień i trwają jeszcze wakacje. Taka jesienna aura i wszechogarniająca ponurość i chłód zawsze kierują moje upodobania muzyczne w stronę jazzu. A jazz najlepiej smakuje z kubkiem gorącej kawy, z nogami pod kocem i z ogniem na kominku, kiedy za oknem panuje pogoda jak we wnętrzu ogromnej zmywarki. Przygotowałem zatem dla Was kilka utworów, mieszczących się w ogólnie pojętym jazzie. Mam dla Was ciepłą i o głosie, jak gorąca czekolada najlepszej klasy Ellę Fitzgerald, kilka kawałków przy których można się trochę rozruszać i rozgrzać oraz jak zwykle coś co udało mi się znaleźć, a o istnieniu czego wcześniej nie słyszałem.

1. Ella Fitzgerald & Louis Armstrong
– Cheek to Cheek – 
2. Green Hill Instrumental
– The Charleston – 
3. Ruth Hohmann
– The Entertainer –
4. Midlife Dixieland Jazzband
– Tiger Rag – 
5. Benny Goodman
– Sing, Sing, Sing – 

Rolada lodowa ? la salceson

W zeszłym tygodniu obchodziłem urodziny i co się z tym wiąże organizowałem małe rodzinne przyjęcie. Ja jak to ja, postanowiłem ubiec ciasta, których jeszcze wcześniej nie robiłem. Jednym z nich była rolada lodowa, nazwana przez moją rodzinę salcesonem, bo początkowo każdy myślał, że podaje im na deser salceson.

Przepis na tą roladę zaczerpnąłem od Jamie’go Olivier’a z jednego z jego programów, podczas którego chyba jeździł po Wielkiej Brytanii. Szczerze mówiąc program ten obejrzałem dawno temu i miałem tylko krótką listę składników, zapisaną szybkim i niestarannym pismem, cały sposób przygotowania rolady wziąłem z pamięci. 
Do przygotowania rolady, potrzeba:
3 jajka
75 g mąki
100 g cukru pudru
1 lub 2 łyżki kakao
lody waniliowe oraz czekoladowe (ja użyłem Algidy Śmietankowo-Czekoladowej, bo w moim sklepie nie znalazłem nic innego)
słoik dżemu truskawkowego
1 batonik (ja użyłem Liona) 
ponadto:
blaszkę z piekarnika
2 arkusze pergaminu posmarowane masłem
mikser
Najpierw miksujemy jajka z cukrem, następnie dodajemy porcjami przesianą mąkę. W tym samym czasie nastawiamy piekarnik na 180C. Na blaszce z piekarnika wykładamy pergamin posmarowaną stroną do góry i nakładamy połowę ciasta, robiąc luźne kleksy. Do pozostałego ciasta dodajemy kakao, miksujemy i dodajemy na blaszkę, mieszając łyżką z wcześniej dodanym ciastem, tworząc maziaje o wyglądzie przypominającym marmur. Ciasto pieczemy przez 15 minut.
Po upieczeniu, od razu, kładziemy na ciasto drugi arkusz pergaminu, tym razem posmarowaną stroną do dołu, jakoby zamykając biszkopt w dwóch warstwach pergaminu i zwijamy w walec na około 30 min. Po tym czasie rozwijamy go i usuwamy jeden z pergaminów (wewnętrzny). Najpierw na biszkopcie rozsmarowujemy dżem, potem lody, a na końcu posypujemy kruszonym batonikiem. Wówczas pozostaje nam jedynie zrolować ciasto i lekko je dognieść oraz włożyć je do zamrażalnika na 2 lub trzy godziny przed podaniem.
Warto wspomnieć, że dwie piętki nie będą się zbyt ładnie prezentować, więc polecam ich odcięcie przed podaniem gościom tej rolady. Na moich gościach zrobiła naprawdę ogromne wrażenie i każdy upominał się o dokładkę, bo kto przecież nie lubi lodów w połączeniu z truskawkami i biszkoptem?

Pięć filmów, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie

Już od ponad roku dzielę się z Wami muzyką, którą słucham, a która jest mało popularna. Często wynajduję różne perełki z moich płyt, ale również znajduję na YouTube, czy w różnego rodzaju filmach. Na tym temacie chciałbym się skupić dziś. Jest kilka filmów, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie, przez co obejrzałem je nie raz i nawet nie dwa. Nawet zdarzało się, że i z sześć lub siedem razy je oglądałem.Są to takie filmy, które napotkane w telewizji oglądam, nawet od środka i za każdym razem staram się szukać szczegółów, które wcześniej przegapiłem lub nie zauważyłem.

Niczego Nie Żałuję – Edith Piaf

Kiedy, chyba w 2007 roku szedłem na ten film nie sądziłem, jak wiele zmieni on w moim życiu. Moja pasja do płyt była dopiero w zalążku, nie wiedziałem zbyt dużo o muzyce jaką lubię słuchać, ani w ogóle kim była Edith Piaf. Film ten mimo, że momentami pokazujący tragiczne życie artystki przewrócił mój muzyczny świat do góry nogami. Od samego wyjścia z seansu byłem wręcz głodny jej muzyki i chciałem słuchać więcej i więcej. Również zacząłem się interesować życiem tej wielkiej głosem piosenkarki. Pamiętam, że byłem posiadaczem najliczniejszego fan clubu Edith na Naszej Klasie, niestety po kilku latach ciągłego słuchania Piaf nadszedł przesyt i teraz już nie słucham jej tak często, ale czasami wracam i nadal po kilku pierwszych dźwiękach rozpoznaje prawie każdą piosenkę. 
Amelia
Ten film po raz pierwszy obejrzałem z siostrą i kuzynką, kiedy byłem jeszcze mały i go nie zrozumiałem, no bo co dzisięcio, czy jedynastolatek może wiedzieć o życiu, czy innych pikantniejszych aspektach zawartych w tym filmie. Jednak kiedy natrafiłem na niego skacząc po kanałach dwa lub trzy lata temu, pomyślałem że coś tam pamiętam i obejrze go z ciekawości, bo nie mam nic ciekawszego do roboty. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. Kolorystyka, przerysowane postaci, tak przypominające członków mojej rodziny, muzyka, to wszystko sprawiło, że Amelia istotnie zmieniła moje życie, a Yann Tiersen na trwale zagościł w mojej play liście.
Chicago
Ten film obejrzałem pod wpływem muzyki i opinii znajomej. A muzyka z tego musicalu jest genialna, mógłbym jej słuchać bez przerwy. Do tego kostiumy, epoka i przedstawienie kabaretu, czyli miejsca jakie chciałbym kiedyś odwiedzić, a może i założyć, ale jest to tylko sfera marzeń. Przedstawione życie nocne ówczesnego Chciago było naprawdę barwne i nie raz skropione krwią, mimo to z przyjemnością przeniósłbym się w tamte czasy, choćby dla tej muzyki, kiedy jazz królował na parkietach. 

Kabaret

Żródło

Impulsem, który sprawił, że obejrzałem tan niebywały film była retransmisja koncertu Lizy Minnelli na TVP KULTURze. Nie raz słyszałem, że coś jest „jak z filmowego Kabaretu” nie raz przewijała mi się przed oczami scena z fenomenalnym Joel’em Grey’em i wspomnianą Lizą Minnelli, wykonujących numer Money, ale nigdy wcześniej nie widziałem tego filmu. Od początku przypadł do mojego gustu i nie tylko ze względu że akcja toczyła się przed wojną, ale również, a może przede wszystkim dzięki muzyce. Naprawdę polecam każdemu ścieżkę dźwiękową z tego filmu, nie sposób wyróżnić jednego utworu, ponieważ wszystkie są dla mnie idealne i przenoszą w ducha tamtych czasów.
 
Avatar
Avatar, najmłodszy film z mojej listy. Pamiętam, że kiedy był w kinach, mówiłem że jest to kolejne badziewie i nic specjalnego, naszpikowane tylko efektami specjalnymi. W sumie efekty specjalne grają w tym filmie kluczową rolę, ale kiedy parę miesięcy temu obejrzałem ten film w telewizji, wiedziałem że wcześniej bardzo się myliłem. Od tamtego czasu każdemu, kto nie widział polecam ten film, a tym co widzieli w kinie zazdroszczę. Po obejrzeniu tego filmu zacząłem inaczej patrzeć na nocne niebo, po przecież gdzieś tam może być podobna Pandora. Całości dzieła dopełniła oczywiście muzyka, która również bardzo przypadła mi do gustu i towarzyszy pisaniu tego posta.
Mam nadzieję, że udało mi się zachęcić Was do obejrzenia, choć jednego z powyższych filmów, o ile wcześniej ich nie widzieliście. Jeśli widzieliście już któryś z nich to myślę, że przyjemnie było sobie je przypomnieć. Oczywiście nie są to wszystkie filmy należące do grona moich ulubionych, ale te są dla mnie najważniejsze. Kiedyś jeszcze napisze o innych, które moim zdaniem warto jest obejrzeć. A jakie są Wasze ulubione filmy?

Mo Yan – Kraina wódki

W moim rocznym podsumowaniu (TUTAJ) z okazji pierwszych urodzin bloga obiecałem, że poświęcę trochę czasu i wpisów na temat książek, jakie przeczytałem. Może to część z Was nakłoni do sięgnięcia po nie, a może i Was odwiedzie od ich przeczytania. Oczywiście do tego drugiego nie chciałbym dopuścić, gdyż uważam, że czytanie jest jedyną z nieodłącznych części bycia człowiekiem myślącym, a do tego może być idealnym sposobem do poznania świata, który nas otacza i przynajmniej mnie zachwyca każdego nowego dnia.

Dlaczego właśnie Mo Yan?

Książkę Mo Yan’a kupiłem pod wpływem impulsu. Po pierwsze była na wyprzedaży, a dla studenta wyprzedaż jest czasami jedyną okazją, kiedy może sobie pozwolić na kupienie książki. Po drugie gdzieś mi się o uszy obiło, że jest to noblista, a jak wiadomo warto przeczytać książkę Laureata Nagrody Nobla, o którym mówili, że „warty przeczytania” czy „odkrywczy”. Wiadomo często najlepszą promocją jest przekaz „z ust do ust” tzw. pocztą pantoflową. Po za tym należę to nielicznego – niestety – które lubi od czasu do czasu kupić książkę, płytę, czy film zamiast ściągać z internetu.

O czym w ogóle jest?

Kraina wódki, jak dla mnie początkowo jest dosyć niespójna, ale w ramach toczącej się akcji trzy główne wątki zbliżają się co raz bardziej do siebie, by na samy końcu stać się swoim zaprzeczeniem. Tak w kilku słowach mogę streścić tę ciekawą książkę. Jest to po prostu przekazana w inny sposób, trochę w krzywym zwierciadle esencja dzisiejszych Chin, którym daleko do ideału. Jeśli chodzi o fabułę, to Was zachęcam abyście sięgnęli na półkę księgarni, czy pobliskiej biblioteki i sami się przekonali czym powita Was Alkoholandia.

Fikcja to czy rzeczywistość

Szereg rzeczy, a w szczególności potraw, których opisy zostały zawarte w książce Mo Yan’a jest połączeniem rzeczywistości i fikcji samego autora. Bardzo zafrapował mnie jeden składnik, a mianowicie potrawa – zupa z jaskółczych gniazd. Kiedy przeczytałem książkę uważałem, że jest to kolejny wymysł Mo Yana’a – jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że potrawa jest prawdziwa i zgodna w 100% z rzeczywistością. Mam jedynie nadzieję, bo tego nie sprawdzałem dokładnie, że danie o niewinnej nazwie „feniks i smok w idealnym połączeniu” jest tylko wymysłem bujnej wyobraźni autora.

Wspominając o pomieszaniu tego co realne i zmyślone warto wspomnieć o mnogości wspomnianych alkoholandzkich trunkach. Świat pewnie wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby te wszystkie napitki były by dostępne w sklepie z produktami orientalnymi.

Czy Alkoholandzkie historie są dobre na wakacje?

Długo się zastanawiałem nad tą kwestią. Z jednej strony przyjemnie jest poczytać coś ciekawego i poszerzającego nasze horyzonty, kiedy błogo leżymy pod parasolem przy spokojnym morzy. Niestety jest też druga strona, jak wcześniej pisałem książka ma ukryte znaczenie polityczne, co moim zdaniem całkowicie ją wyklucza z wakacyjnego katalogu książek. Jadąc na wakacje nie chcemy myśleć o świecie i jego problemach. Są one do tego aby wypocząć i na chwile zapomnieć o wszystykim. Niestety czytając taką książkę sami, jakoby pozbawiamy się tego komfortu wyłączenia myślenia.

Oczywiście cała ta recenzja jest tylko moim subiektywnym punktem widzenie i jeśli się z nim nie zgadzacie, możenie. W końcu takie jest Wasze prawo. Starałem się tylko nakreślić mały szkic tej książki, którą wam polecam.

Tygodniowe inspiracje muzyczne #5

W tym tygodniu postanowiłem zrobić trochę inaczej, jak w poprzednich tygodniach i przybliżyć Wam kilka utworów Edith Piaf. Pewnie ktoś powie, że cóż w tym odkrywczego. Przecież każdy lub prawie każdy zna La vie en rose, L’accordeoniste, czy Non, Je ne regrette rien… Ja jako niegdyś ogromny fan Edith i wierny słuchacz jej muzyki, chciałbym przybliżyć Wam kilka utworów, które są mniej znane, a mojemu uchu szczególnie bliskie. Zatem nie będę już dłużej pisał i zapraszam do wsłuchania się w mój ukochany akordeon, który towarzyszy wielu jej utworom.

Les Orgues de Barbarie

Opinion poblique 

Salle d’attente



Je t’ai dans la peau



Les Neiges de Finlande



L’homme De Berlin

Szczególnie ostatni utwór polecam Wam, ponieważ jest on też ostatnim nagraniem Edith Piaf przed jej śmiercią, nagrany w jej apartamencie, nie w studio nagraniowym, dlatego nagranie też nie jest idealne. Mimo dającego się słyszeć zmęczonego nie zawsze spokojnym i poukładanym życiem, daje się usłyszeć głębie przekazu, jaki zawsze towarzyszył Edith Piaf. 

Tarta z owoców letnich

Ostatnio przekonałem się do tart, zresztą jeśli już jakiś czas obserwujecie mojego bloga możecie się o tym doskonale przekonać. Nie sądziłem, że jest to takie proste, a w dodatku można się obejść bez typowej formy, no i co najważniejsze mnogość sposobów na przygotowanie tego sympatycznego ciasta jest w zasadzie nieograniczona. Tym razem przygotowałem ją z owoców, które nieodłącznie kojarzą mi się z latem.

Przepis na tę tartę jest w dalszym ciągu niezmienny i możecie go znaleźć TUTAJ z tą różnicą, że tym razem dodałem do ciasta odrobinę cynamonu, co dodało mu ciekawego smaku, szczególnie w połączeniu z jabłkiem.
Owoce, jakie najbardziej kojarzą mi się z latem to oczywiście jabłka, śliwki węgierki i rabarbar. Jeśli dwoje pierwszych może się kojarzyć z późnym latem, to rabarbar jest dla mnie kwintesencją wczesnego lata. 
Przed wstawieniem do pieca, naprawdę w ostatnim momencie postanowiłem, że posypię wszystko kruszonką.
Po upieczeniu prezentowała się naprawdę apetycznie, aż żal było kroić 😉

Pierwsze urodziny – podsumowanie, planowanie i świętowanie

Dzisiaj dokładnie mija rok od momentu, kiedy zamieściłem swój pierwszy post na tym blogu. Zaledwie jeden rok i aż rok. Nie wiem nawet kiedy ten czas minął, pamiętam dobrze z jaką ekscytacją pisałem mój pierwszy wpis. Dziś mam dla Was moje małe urodzinowe podsumowanie.

Co mi dało blogowanie?

To pytanie powinien sobie, moim zdaniem, każdy początkujący bloger, do jakich sam siebie zaliczam. Przez ten roku sporo się nauczyłem. Na pewno pisanie bloga poprawiło moje umiejętności pisarskie. Pamiętam dobrze, że na początku mojej pracy twórczej 😉 miałem spory problem przed rozpoczęciem pisania. Teraz nie sprawia mi to, aż tak dużego kłopotu, ale jak wiadomo jeszcze nie popełniłem soczystego i pełnego dłuższego tekstu, a jaki bardzo chciałbym od czasu do czasu zamieścić tutaj. 
Inną zaletą prowadzenia bloga, który jest w pewnym sensie kulinarny, jest poznawanie coraz to nowych smaków, czy to w swojej kuchni, czy na różnych warsztatach. Do tej pory z przyjemnością wspominam warsztaty z Russell Hobbs’a gdzie mogłem poznać potrawy, o których kiedyś, gdzieś słyszałem, ale nigdy nie próbowałem, jak hummus. Nie tylko kuchenne eksperymenty i warsztaty nauczyły mnie lepiej gotować, ale również i inne blogi, które właśnie od roku zacząłem śledzić. Wcześniej nawet nie sądziłem nawet, że mogę się tyle nauczyć od blogerów, bo całą swoją wiedzę czerpałem z książek kucharskich lub telewizji, teraz doszły do tego blogi moich „kolegów i koleżanek po fachu”.
Ważną rzeczą jaką też dało mi to moje blogowanie, jest ogólne zwiększone obycie z techniką. Chodzi mi tutaj zwłaszcza o poprawniejsze robienie zdjęć oraz coraz to bardziej sprawną obsługę różnych programów do ich obróbki.Pewnie gdybym nie założył bloga dalej bym narzekał na swój aparat, że robi ciemne i brzydkie zdjęcia i do tego za duże do przesyłania przez mejla…
Przede wszystkim największą zaletą bloga jest kontakt z ludźmi. Dzięki różnym spotkaniom blogerskim, jak BloSilesia, poznałem wielu ciekawych ludzi, z którymi pewnie bym nigdy nie miał okazji się spotkać, czy zamienić słowa. Innym bardzo satysfakcjonującym i ważnym ludzkim czynnikiem w moim blogowaniu jest kontakt z moimi czytelnikami, czyli Wami oraz Wasze komentarze, nawet te negatywne, przecież konstruktywna krytyka zawsze się przyda 😉 
Jak to wygląda w liczbach?

Przez ten rok starałem się, z różnym efektem pisać systematycznie. Niestety z moją systematycznością było różnie. Czasami powodem było zwykłe lenistwo, znużenie, brak czasu, albo jakiś inny błahy powód jakim sobie tłumaczyłem, żeby tutaj nic nie pisać. Wiadomo, każdy jest człowiekiem i czasami po prostu nawet na największą przyjemność nie ma się ochoty, nie wiadomo dlaczego.
Patrząc w statystyki mojego bloga wyświetlano w tym roku ponad 24 tysiące razy i przeczytano lub tylko przejrzano ponad 142 posty, pozostawiając 400 komentarzy (które to zawsze były źródłem największej radości). Miesiącem w którym było najwięcej wyświetleń, był marzec po którym nastąpił kwiecień, bez żadnego wpisu niestety… Był to jeden z momentów, kiedy myślałem o zlikwidowaniu bloga. Teraz wiem, że była by to zła decyzja.
Co dalej?

Po roku pełnym licznych wzlotów i jeszcze liczniejszych upadków pora zadać sobie pytanie co dalej. Blog znacznie różni się od tego co sobie początkowo założyłem, pisząc pierwszy post nawet nie wiedziałem, jak będzie on wyglądał w przyszłości. Moja koncepcja była bardzo niespójna, w sumie dalej jest lekko niespójna, ale sądzę że w nadchodzących miesiącach uda mi się nadal jakoś łączyć moje dwie największe pasje, czyli gotowanie i muzykę.
Nadal będę starał się dzielił się z Wami moją muzyką i smakami, jakie towarzyszą mi każdego dnia. Kto wie może wkrótce wykorzystam trochę swoją chemiczną wiedzę i połączę ją z kuchnią, a raczej z zawartością opakowań kupowanych produktów. Już o tym myślałem wcześniej, ale jakoś tak było za mało czasu, a jak się znalazł to znów zabrakło chęci. Mam nadzieję, że tym razem będzie inaczej.
Moim zdaniem najważniejszym celem tego bloga jest dla mnie nadal propagowanie dobrego, domowego i przede wszystkim zdrowego jedzenia oraz muzyki, jakiej na co dzień próżno szukać w popularnych stacjach radiowych. Do tego będę chciał dodać trochę więcej postów o tematyce DIY, szeroko pojętym zdrowym trybie życia i może trochę poważniej zająć się pisaniem o obejrzanych filmach, czy ciekawych książkach które od czasu do czasu wpadają mi do rąk.
Jeśli w ciągu kolejnego roku uda mi się zrealizować, choć połowę tych założeń będę szczęśliwy. Jednak nigdy nie wiadomo, ale lepiej czasami założyć sobie wyżej poprzeczkę, aby choć w małym stopniu dorównać swoim ideałom, o których napiszę niebawem. 
Świętowanie
Dziś pozostaje mi świętowanie mojej małej rocznicy, bo jest co więtować w końcu wytrwałem i prze rok pisałem, gotowałem, słuchałem, czytałem i dzieliłem się odrobiną mojego świata z Wami, bo bez czytelniów blog nie ma sensu. Dlatego właśnie dla Was są moje podziękowania za to, że byliście ze mną, czytaliście, lajkowaliście i komentowaliście 😉 Mam tylko nadzieję, że za rok może będzie Was większa gromadka 🙂 🙂 🙂

Tygodniowe Inspiracje Muzyczne #3

Tak jak w poprzednim tygodniu i teraz dzielę się z Wami tym co często słuchałem w minionym tygodniu. Tym razem sporo muzyki zasłyszałem przed hotelem w Tunezji, niestety nie jest to arabska muzyka, tylko taka bardziej europejska, wiadomo turysta lubi to co zna 😉 Oczywiście ie wszystko pochodzi z hotelowego głośnika.

1. Kaoma Lambada
2. Aventura Obsesion
3. Nina Simone Here comes the Sun


4. Dean Martin Sway
5. Mariza Maria Lisboa