Tzatziki – czyli orzeźwienie prosto z greckiego lądu

Sam nie wiem, kiedy zacząłem przygotowywać ten dodatek do obiadu, bo traktuję tzatziki jako sałatkę, choć równie dobrze mogłyby być idealną przystawką. Przepis jest w pełni mojego autorstwa, przyznaję że może nie jest on w 100% greckim przepisem, bo tzatziki przygotowuje intuicyjnie i dodaje takie składniki, jakich według mnie nie mogłoby zabraknąć w nich.

Do przygotowania tzatzików potrzeba:
około 5 ogórków gruntowych
pęczek koperku
listki z kilku gałązek mięty
ząbek czosnku
1 duży jogurt typu greckiego
odrobina soku z cytryny
szczypta soli do smaku
Jednym z elementów ( bo jest ich naprawdę sporo), który odróżnia tzatziki od klasycznej mizerii to sposób przygotowania ogórków. W tym przypadku ściera je się na grubym tarle, co nadaje im charakterystyczną konsystencję.
Tak utarte ogórki należ posolić i pozostawić na chwilę, a następnie odlać wodę, która z nich wyjdzie. Następnie idzie już dosyć szybko: dodajemy pokrojony koperek (bez grubych łodyżek z dołu), drobno poszatkowaną miętę, zgnieciony czosnek oraz jogurt. Całość doprawiamy do smaku sokiem z cytryny, który podkreśli smak całości.
Nie wiem, jak u Was ale u mnie tzatziki trochę wyparły mizerię, która jedzona już od wielu lat trochę mi się przejadła. Tak jak już wcześniej napisałem jest to idealny dodatek do mięs, czy ryb, u mnie stały się już nieodłączne podczas grillowania, a ostatnio przeczytałem (TUTAJ), że mogą też być ciekawą i lekką propozycją na kolację. 

tym razem UDANA Tarta z budyniem i borówką amerykańską

W zeszłym tygodniu pisałem Wam (TUTAJ) o upieczonej pierwszy raz w życiu tarcie. Jak to była z debiutami wyszło przeciętnie, choć ja na smak nie narzekałem. Niestety wygląd był niezbyt zadowalający. Tym razem bardziej się postarałem i zrobiłem coś bardziej wypaśniego 😉

Nie będę tym razem rozpisywał całego przepisu, bo już go wcześniej podałem i takie powtarzanie, moim zdaniem nie miałoby zbytniego sensu. Teraz będzie to coś w rodzaju fotorelacji. 
Chyba po raz pierwszy na blogu, moje zapracowane ręce, dopasowujące ciasto do formy 😉
Podpieczony spód, a na nim już budyń (przygotowany z połowy zalecanej ilości mleka) i borówki, które już za niedługo miały zmienić się z niebieskich na ciemno czerwone.
Pozostała 1/3 ciasta, jako przykrycie borówek i dopełnienie dzieła.
Jeszcze ostatnie posypanie cukrem pudrem i tatra gotowa do jedzenia – oczywiście zniknęła dziesięć razy szybciej jak ją przygotowywałem 😉

Makaron pappardelle. Włoskie smaki na talerzu.

Ostatnio pisałem Wam o moich inspiracjach kulinarno – muzycznych (o których możecie przeczytać TUTAJ) i podałem Wam mój przepis na prawdziwy sos boloński. Teraz pozostał jeszcze przepis na makaron, który przy okazji przygotowywania tego dania robiłem am po praz pierwszy.

Póki nie spróbowałem przygotowywania makaronu samemu, myślałem że jest to bardzo pracochłonne i wymaga sporo czasu. Oszem trzeba się trochę narobić podczas wałkowania makaronu, ale po za tym nie ma żadnej filozofii w przygotowywaniu domowego makaronu. 
Składniki na taki makaron są tylko dwa: mąka i jaja. Na każde 100 g mąki potrzebne jest jedno jajko. Ot tyle!
Na samym początku w  kopczyku z mąki robimy mały otwór na jajka i mieszamy, a następie zagniatamy ciasto na makaron. Gotową kulę odstawiamy na pół godziny.
Kolejnym krokiem, dzielącym nas od delektowania się własnoręcznie przygotowanym makaronem jest rozwałkowanie ciasta. Ja chciałem, aby pappardelle było dosyć długie, to i wyszedł mi sporych rozmiarów placek.
Aby krojenie było prostsze rozwałkowany placek, wcześniej delikatnie oprószony mąką, zwinąłem na rulon. Całość kroimy na około centymetrowe paski, rozwijamy i rozkładamy na talerzach obsypanych polentą (ja użyłem zmielonego kuskusu) na około 20 minut. 
Podeschnięty makaron gotujemy w osolonej wodzie dosyć krótko, aby uzyskać idealny makaron al dente wystarczą około 2 minuty. Szczerze mówiąc nigdy nie gotuję makaronu z zegarkiem lub co gorsza stoperem! zawsze staram się co jakiś czas kontrolować próbując fragmentami, co też Wam polecam 😉

Sos boloński

Ostatnio pisałem Wam o moich inspiracjach muzyczno-kulinarnych (TUTAJ), ale nie podałem przepisu na sos boloński. Przyznam szczerze, że kiedy przeczytałem recepturę początkowo zdziwiły mnie składniki, a szczególnie bardzo mała ilość pomidorów, a raczej pasty pomidorowej.

Wcześniej myślałem, kiedy taki sos jadłem w wersji słoikowej myślałem, że pomidory są jego podstawowym składnikiem. Teraz wiem już, że nie są. Trudno jest mi ocenić, który z dodawanych składników jest główny, raczej wszystkie są wzajemnie równe. Może jedynie mięso mielone może być wyróżnione, gdyż jest go najwięcej.
Składniki (porcja dla dwóch osób):
2 pałeczki selera naciowego
pół małej czerwonej cebuli
1 marchewka
ok. 100 g wędzonego boczku
1 kostka rosołowa wołowa + 0,5l wody (lub dobry bulion)
2 liście laurowe
mały słoiczek koncentratu pomidorowego
0,5 szklanki czerwonego wina
oliwa (do smażenia)
Wszystkie składniki należy najpierw pokroić dokładnie w kostkę. W pierwszej kolejności podsmażamy boczek, a kiedy już w całym domu będzie się unosił apetyczny zapach smażonego boczku, a sam przybierze rumiane kolory dodajemy pokrojone warzywa.
W momencie, kiedy warzywa zmiękną dodajemy do całości mięso mielone i dusimy nadal przez ok. 5 minut, a następnie dolewamy wino. Teraz czekamy, aż cały alkohol wyparuje, co będzie dało się wyczuć wąchając unoszące się nad garnkiem alkoholowe opary. 
Teraz wystarczy dodać koncentrat i dokładnie go rozmieszać. Błyskawicznie cały sos nabierze charakterystycznego pomidorowego zabarwienia i zapachu. Później dodajemy wodę z kostką (lub bulion) oraz liście laurowe, zmniejszamy gaz i gotujemy mieszając od czasu do czasu prze ok. godzinę.
Po długim oczekiwaniu sos jest gotowy i może cieszyć nasze podniebienie. Według mnie i jak się trochę wczytałem we włoską literaturę kulinarną najlepiej smakuje z makaronem typu pappardelle, więc taki przygotowałem. 

prawieUDANA tarta porzeczkowa

Letnia aura i stragany uginające się od owoców natchnęły mnie do przygotowania tarty z owocami. Niestety nie mam jeszcze formy typowej do pieczenia tart, ale na szczęście mam zwykłą tortownicę i ją wykorzystałem. 

Jak widać na zdjęciu tarta nie wyszła idealnie, ale cóż była to pierwsza jaką w życiu upiekłem. A wiadomo, że pieczone ciasto po raz pierwszy lubi nie wyjść. 
Do przygotowania tarty potrzeba:
250 g mąki
100 g cukru pudru
100 g masła
2 jajka
szczypta soli
Przygotowanie jest dosyć proste, wystarczy wszystkie składniki razem wymieszać i wyrobić kulę, którą później wstawiamy do lodówki na pół godziny. Następnie odkrawamy około 1/3 ciasta, a pozostałą częścią wykładamy spód, który pieczemy w 190 stopniach przez 20 minut. Proponuję przed pieczeniem na wierzch ciasta położyć pergamin obciążony fasolą, aby ciasto zbytnio nie wyrosło. 
Następnie wyjmujemy podpieczony spód, wykładamy na niego owoce – ja dałem 30 dag porzeczek – oraz przykrywamy pozostałym ciastem i pieczemy jeszcze przez około 15 minut. 

Gotowanie z muzyką w tle: Pappardelle Bolognese & Milva

Prowadzę bloga już prawie rok, ale cały czas szukam swojej drogi i tematów jakich chciałbym się trzymać. Kiedy oglądam swoje pierwsze wpisy zauważam, że trochę zmienił się mój sposób postrzegania bloga….

 …niestety jeszcze daleko mi do moich ideałów, ale jak to się mówi Nie od razu Kraków zbudowali, więc nie załamuję się tym, że czasami popełnię jakąś gafę lub po prostu nie wszystko jest spójne. Stąd pojawił się w mojej głowie pomysł na połączenie moich dwóch pasji: gotowania i muzyki. 
Często zdarza mi się, że jakiś utwór kojarz mi się z określonym daniem. Po jego wysłuchani tylko ono zaprząta mi myśli. Oczywiście działa to we dwie strony i danie też przywołuje na myśl muzykę. Dlatego właśnie postanowiłem połączyć muzykę z gotowaniem.
Tak właśnie było w tym przypadku. Kiedy po raz pierwszy gotowałem sam sos boloński i przygotowywałem  włoski makaron pappardelle, a następnie spożywałem moje małe kulinarne dzieło, przyszła mi na myśl pewna włoska piosenkarka i śpiewany przez nią utwór Un Tango Italiano

Niebawem dodam wpis z przepisem zarówno na sos, jaki i makaron (który po raz pierwszy wyrabiałem sam), a teraz zapraszam Was na włoskie tango z Milvą. Kto Wie może i Was do czegoś to zainspiruje? 😉


100 Hapy Days – wyzwanie podjęte

Już od jakiegoś czasu obserwowałem różne osoby, które publikowały swoje zdjęcia z hashtagiem #100happydays, nie wiedziałem co to oznacza. W końcu postanowiłem się dowiedzieć i przyłączyłem się do akcji.

100 Happy Days, jest to akcja mająca na celu odnajdywanie w najmniejszych szczegółach dnia codziennego szczęścia w najczystszej jego postaci. Ma ona pomóc ludziom w coraz szybszym biegu życia na nowo nauczyć się znajdywać szczęście w szczegółach codzienności. Zobaczę, czy i ja odnajdę się i wytrwam.

Bardzo ciekawe w tej akcji jest to, że podczas rejestracji trzeba sobie wymyślić motto. Sam nie wiem, ale jakoś tak powyższe przyszło mi jako pierwsze do głowy. 
Póki co jestem bardzo ciekaw, czy wytrwam w postanowieniu dostrzegania szczęścia w codziennej bieganinie. Podobno, aż 71% ludzi nie dochodzi do końca. Mimo wszystko uważam tę inicjatywę za coś ciekawego i wartego wdrożenia do życia. Zawsze będę mógł się nauczyć czegoś o sobie. 

Muzyczne inspiracje tygodniowe #1

Nie wiem jak Wam, ale mnie często zdarza się, że od tak przesłuchuje sobie YouTube’a zamiast słuchać radia….

Zazwyczaj jednak nie słucham wyłącznie jednych i tych samych utworów, bardzo często zdarza mi się korzystać z różnego rodzaju propozycji tego serwisu na utwory podobne do odsłuchanych poprzednio. Dzięki temu odnajduje sporo nowej, ciekawej i wartej osłuchania muzyki. Z tego właśnie wziął się pomysł na ten nowy cykl na blogu. Zapraszam na muzyczne inspiracje tego tygodnia.
1. Dorota Miśkiewicz  Pragnę być jeziorem 


2. Dorota Miśkiewicz  Wyspa, drzewo, zamek

3. Artur Andrus Cyniczne Córy Zurychu

4. Nora Jones Don’t konw why


5. Billie Holiday Summertime

Prosty chleb na zakwasie

Jak wspominałem w moim poprzednim poście (TUTAJ), ostatnio powróciłem do wypieku własnego chleba. Kiedyś myślałem, że jest to proces bardzo czasochłonny i skomplikowany. I owszem potrzeba trochę czasu, aby zakwas był gotowy, ale za to smak chleba wszystko rekompensuje. Po za tym myślałem, że domowy piekarnik ma za słabą moc, aby upiec dobry chleb. Myliłem się, myliłem i to bardzo. Bardzo mnie do tego przekonał przepis na ten właśnie chleb.

Przepis na ten chleb nieco się różni od tego jaki już wcześniej piekłem (możecie go znaleźć TUTAJ). Pierwszą różnicą jest sposób przygotowania i całkowity brak potrzeby zagniatania ciasta oraz zupełnie inna jego konsystencja.

Do przygotowania tego chleba potrzeba:
350 g mąki pszennej pełnoziarnistej 
150 g mąki pszennej typu 500 lub 450
sporą garść płatów owsianych oraz żytnich
ok. 200 g zakwasu żytniego
ok. 0,5 litra wody
1 łyżkę soli
Jak wspominałem przygotowanie chleba jest bardzo proste. Wystarczy wszystkie składniki wymieszać łyżką, następnie przełożyć do formy wyłożonej pergaminem i zostawić na 5-6 godzin do wyrośnięcia.
Ja jeszcze wierzch chleba posypałem płatkami owsianymi. Moja rada, aby pergamin dopasował się w pełni do formy najlepiej go wcześniej solidni wygnieść, wówczas idealnie dopasuje się do każdego kształtu.
Chleb trzeba piec najpierw w temperaturze 240 stopni przez około 20 minut, a następnie należy zmniejszyć temperaturę do 200 stopni i pozostawić tak chleb na godzinę. Później można się delektować smakiem domowego chleba.