Warsztaty kulinarne z Russell Hobbs Illumina Colour Control – vol. 1

Jeśli obserwujecie mojego Instagrama lub Facebooka (jeśli jeszcze nie to zapraszam do polubienia) to wiecie, że w ostatni czwartek byłem w Warszawie na warsztatach kulinarnych organizowanych przez firmę Russell Hobbs. 
 

 Warsztaty odbyły się  na Bielanach w studiu kulinarnym Cook up. Muszę stwierdzić, że po raz pierwszy byłem na takich warsztatach i w studio kulinarnym, jest to dla mnie niezapominane doświadczenie. 
 Przy wejściu zostaliśmy poczęstowani lemoniadą rabarbarową podaną w dość ciekawej formie. Zanim gotowanie zaczęło się pełną parą miałem trochę czasu, żeby rozejrzeć się po studio. Duże wrażenie zrobiły na mnie stoły do gotowania, zastawione dorodnymi warzywami, niezliczoną liczbą przypraw, sprzętem AGD Russell Hobbs z serii Illumina Colour Control i ogromem kuchennych gadżetów, o jakich każdy fanatyk gotowania marzy. Aż ręce same chciały zabierać się za gotowanie.
Następnie prowadzący warsztaty wprowadzili zgromadzonych w szczegóły serii Illumina Colour Control – design wszystkich urządzeń bardzo przypadł mi do gustu(w szczególności miksera), a dodatkowym plusem okazał się podświetlany kolorowy pierścień, świecący na różne kolory w zależności od trybu pracy. 
 Później zaczęło się wspólne gotowanie. Każda część długiego stołu była podzielona na grupy przygotowujące różne potrawy. Ja brałem czynny udział w przygotowaniu pasty hummusowej oraz pity. Przyznaję, że kiedyś słyszałem coś o hummusie, ale kompletnie nie wiedziałem z czego się go robi i w ogóle jak on smakuje. Warsztaty jednak okazały się kształcące, ponieważ nauczyłem się przygotowywać tę orientalną potrawę.
cdn…

Koncert alternatywą telewizji Nr 2 – Mariza

Dzisiejszy koncert, jest trochę inny od poprzedniego ponieważ muzyka jest też inna, bardziej sentymentalna idealna do zasłuchania w ciepły wieczór po upalnym dniu, przy kieliszku Porto. Dlaczego? Bo jest to koncert fado
 

 

Nie pierwszy już raz, polecam Wam koncert tej wokalistki, ostatni raz zrobiłem to (TUTAJ) podczas pierwszego ataku zimy, która na szczęście okazała się łagodna i o której nie chcę już myśleć  pamiętać. Jednak okazuje się, że taka muzyka nadaje się zarówna na zimowy wieczór, jak i majowy.
 
 Wokalistką, której koncert chcę Wam dzisiaj polecić, jest według mnie największa gwiazda fado w dzisiejszych czasach – Mariza. Mimo, że nie pochodzi z Prtugalii to moim zdaniem sztukę śpiewania fado opanowała na perfekcji i nie zawahałbym się tutaj użyć stwierdzenia, że jest królową tego rodzaju muzyki.
Koncert ten odbył się w stolicy fado jak i Portugalii, czyli w Lizbonie. Już od pierwszych dźwięków gitar można się przenieść do tego daleko wysuniętego na południowy – zachód krańca Europy.
Zapraszam do wysłuchania:

Tino Rossi – Venise et Bretagne

Piosenkę, którą wybrałem dzisiaj jest już dosyć wiekowa, ponieważ pochodzi z 1938 roku, ale moim zdaniem zasługuję na uwagę i odsłuchanie, ponieważ jak już nie raz tutaj wspominałem muzyka jest też naszą historią.
 

Na wstępie chciałbym jeszcze wspomnieć, że mogłem ją zgrać i w ogóle odtworzyć, bo ostatnimi czasy udało mi się uruchomić mój gramofon na korbę. Niestety starych mechanizm już się do niczego nie nadawał. Na szczęście udało mi się znaleźć i kupić nowy, identyczny, o który teraz będę szczególnie dbał. Te kilka miesięcy bez muzyki z metalowej tuby były jakieś takie mniej barwne,bo za każdym razem kiedy nakręcam sprężynę i słyszę pierwsze trzaski z płyty przenoszę się myślami w tamte czasy…
 
Piosenka dzisiejsza jest wykonywana przez Tino Rossi‚ego i ma tytuł  Venise et Bretagne Jest to romantyczna ballada, która przenosi słuchacza w rejony Bretanii. Tak jak już wcześniej pisałem została nagrana w 1938 roku. Tino Rossi był Francuskim piosenkarzem pochodzenia Włoskiego.
 
Zapraszam do wysłuchania:
 
 

Domowy chleb przenny na zakwasie żytnim

W miniony czwartek udało mi się wreszcie zebrać swoje siły i upiec swój pierwszy udany (bo wcześniejszy nie był zbyt udany) chleb z domowego zakwasu, który sam wyhodowałem.
 

Pomysł na pieczywo własnej roboty kiełkował w mojej głowie już od dawna, szczególnie takiego na zakwasie. Przyznam, że początkowo obawiałem się, że mój zakwas nie jest w pełni odpowiedni, ponieważ podczas jego przygotowywanie nie trzymałem się ściśle receptury, którą można znaleźć TUTAJ. Na szczęście wszystko wyszło jak najbardziej dobrze. 
 
Mój zakwas hodowałem w kamionkowym dzbanku o pojemności około litra, przykrytym ściereczką. Hodowałem go przez 6 dni, zaczynając od połowy szklanki mąki żytniej pełnoziarnistej i połowy szklanki letniej wody (stosunek mąki i wody nie musi być taki, jak w moim opisie, ważne aby powstała masa o konsystencji gęstej śmietany). Przez kolejne dni dodawałem podobnie po pół szklanki mąki i wodę, ale kiedy uznałem, że jest jej za dużo to zredukowałem jej ilość. Za każdym razem dokładnie mieszałem zakwas.
 
 Co do samego chleba to przepis znalazłem TUTAJ. I tym razem wiernie (no może prawie wiernie) trzymałem się przepisu. Do przygotowania chleba użyłem:
 300 g zakwasu żytniego
500 g mąki pszennej typ 650
2 łyżeczki soli
1 szklankę letniej wody
 
Na samym początku połączyłem dokładnie wszystkie składniki i wyrabiałem ciasto przez 15 minut.  Po tym czasie konsystencja była nadal bardzo luźna, ale bez problemów ciasto odklejało się od rąk i blatu, nie potrzebowało podsypania mąki. Potem włożyłem ciasto do nasmarowanej olejem miski, przykryłem ściereczką i pozostawiłem do wyrośnięcia na 2 godziny.
 
Po tym czasie ciasto wyraźnie zwiększyło swoją objętość. Ostrożnie wyjąłem je na oprószony mąką blat i dokładnie wycisnąłem wszystkie pęcherzyki powietrza, tworząc spory placek, który założyłem na kopertę i wsadziłem na ponowne wyrastanie, tym razem do miski oprószonej mąką.

 
Tak ciasto wyrastało 3 godziny, niestety z powodu późnej pory nie pozostawiłem go w spokoju na odpowiednią ilość czasu, czyli 5 – 6 godzin, ale i tak ostateczny efekt był bardziej niż zadowalający.

 
Chleb piekłem przez 25 minut w nagrzanym do 250 stopni piekarniku, z umieszczonym na dnie naczyniem z wodą. Przed wsadzeniem chleba do piekarnika naciąłem go w kratę, co nadało mu ciekawy wygląd.

Koncert alternatywą telewizji Nr 1

Nie wiem, jak Wy ale ja już od jakiegoś czasu zauważyłem, że mógłbym żyć bez telewizji. Jest to naprawdę denerwujące (żeby nie użyć tutaj innego niecenzuralnego słowa), kiedy oglądając jeden program są pół godzinne reklamy, które ciągnąc się w nieskończoność sprawiają, że zapominam co właściwie oglądałem. Czy Wy też tak czasami macie?

Źródło zdjęcia

Już od dawna chciałem napisać o moim sposobie na nudę i ciągle powtarzające się programy w telewizji. Moją alternatywą (od momentu, kiedy mam duży transfer internetu) są koncerty na YouTube, które czasami naprawdę wolę obejrzeć po raz kolejny, jak powtórkę czegoś w TV.

Tak jak każdy mam kilku swoich wykonawców, których lubię słuchać, czy to na moich winylach, czy to na Mp3, czy w końcu zwyczajnie na laptopie. Postanowiłem, że raz w tygodniu, póki nie wyczerpie się pula koncertów, które uważam za warte odsłuchania, będę się z Wami nimi dzielił, bo niektóre to naprawdę znajdywałem przez zupełny przypadek.

Pierwszy z koncertów to koncert Max’a Raabe & Palast Orchester. Muszę przyznać, że tego wokalistę z jego orkiestrą odkryłem całkiem przez przypadek, dzieląc się z Wami pierwszą piosenką z mojej płytoteki – Bei mir bist do schoen (dla przypomnienia warto zajrzeć TUTAJ).

Ta specyficzna i wydająca się nie pasować do świata dzisiejszego formacja gra muzykę pochodzącą z lat 20′ i 30′ a także kilka nowszych utworów (własnych i coverów) w tamtejszej  stylistyce. Jeśli już od dłuższego czasu obserwujecie mojego bloga nie trudno będziecie się mogli domyśleć, że taka muzyka gra mi w żyłach, dlatego można to tak nazwać, że od pierwszego usłyszenia zakochałem się w tej formie przekazu.

 
Warto też wspomnieć, że Max Raabe & Palast Orchester to Niemiecka formacja i część utworów jest śpiewana w tymże języku, a jak wiadomo język naszych zachodnich sąsiadów nie należy do zbytnio muzykalnych. Jednak tutaj znów zaskoczenie, po pierwsze w ogóle nie przeszkadza mi, że wiele utworów jest po Niemiecku, a co gorsza im więcej ich słucham, tym mam większe pragnienie nauczyć się tego języka, który wydaje mi się coraz ładniejszy.
Na tyle było by mojego pisana, mam tylko nadzieję, że wpadnie Wam w ucho taka muzyka, a jeśli nie, to warto jej posłuchać, choćby z potrzeby poszerzania swoich horyzontów, nie tylko muzycznych.
Zapraszam do posłuchania i zasłuchania się:

Klasyczny schabowy jeszcze smaczniejszy

Wiem, że może w tym poście porywam się trochę na naszą Polską tradycję, bo przecież kotlet schabowy wszedł już dawno do kanonów Polskiej kuchni. Niestety bardzo często spotykałem się z nie najlepszą jakością takich kotletów, więc postanowiłem coś wymyślić, żeby stały się prawdziwym rarytasem.

Oczywiście najważniejszym elementem jest mięso, dobre mięso z w miarę małego schabu. Lecz ja skupiłem się na czymś innym, a mianowicie na panierce.

Właśnie moim zdaniem głównym sekretem jest odpowiednia panierka. Ja robię tak jakby podwójną panierkę:

 pierwsza – mleko + mąka

druga – jajko  + bułka tarta

Tak przygotowane kotlety należy smażyć po około 5 minut z każdej ze stron. Zazwyczaj smażenie wygląda, że obraca się po kilkadziesiąt razy kotlety, aż uznamy, że są gotowe. Kiedyś wydawało mi się to normalne i różne porady ludzi z telewizji wydawały mi się głupie, ale kiedy po raz pierwszy spróbowałem takiego smażenia, teraz już nie smażę inaczej, jak tylko z dwóch stron po jednym razie.

Mambo italiano – bo wakacjie już czuć w powietrzu

Piosenkę z mojej płytoteki, jaką chciałbym się dzisiaj z Wami podzielić już od dawna chciałem tutaj opublikować. Niestety z powodu awarii mojego gramofonu, o której możecie przeczytać TUTAJ, nie było to zbytnio możliwe, bo uważam, że szelaki powinno odtwarzać się tylko na gramofonie na korbę. Jednak się przemogłem i dzisiaj podzielę się z Wami tą piosenką odtworzoną na gramofonie elektrycznym.

Piosenka ta jest pochodzącą z połowy lat 50′ wersją nie oryginalną wersją Mambo Italiano, które pierwotnie zostało napisane dla Rosemary Clooney przez Boba Merrill’a. Moja wersja jest wykonania Renato Carosone, który mnie się bardziej kojarzy z dosyć często puszczanym w radio parę lat temu remix’em Americano.

Zapraszam do wysłuchania:

Inne wersje znalezione na YouTube:

Rosemary Clooney

 
 
Dean Martin
 
 
 
Sophia Loren
 

 

Jeszcze majówkowo

Mimo, że z majówki wróciłem już w sobotę cały czas mam głęboko w pamięci te spędzone w górach dni. Mam dla Was kilka zdjęć z tego pięknego miejsca – Zawoi.

Na Babiej Górze cały czas jeszcze można było dostrzec ślady śniegu.

Jako, że spędzałem majówkę z moją siostrą i jej rodzinką codziennie wybieraliśmy się na całkiem przyjemne spacery.

Oczywiście nie zabrakło też ogniska.

W pobliskim źródełku mogliśmy zaobserwować mnóstwo kijanek.

Aż nie chciało się wracać.

Blogowy powrót po miesiącach zabiegania

Już od dłuższego czasu zabierałem się do napisania tego posta. Niestety, jak można to dobrze zauważyć bardzo zaniedbałem mojego bloga. Niestety nowy semestr na uczelni okazał się bardzo pracowity, bardziej, niż przypuszczałem…

… kiedy ja byłem zajęty rozwiązywaniem chemicznych łamigłówek i ich podobnym w moim ogrodzie nastała całkowita wiosna, która już powoli zamienia się w lato.

Oprócz mojej zeszłorocznej rabaty pomidorowo-warzywnej przybyła mi kolejna, z której jestem bardzo dumny.

A teraz nabieram siły do drugiej połowy semestru i odpoczywam w górskich okolicach razem z moją siostrą i jej rodziną w Zawoi. Mam nadzieję, że po powrocie z tego dłuższego łikendu znajdę więcej czasu do kontynuacji moje blogowania, które daje mi mnóstwo frajdy.