Ciasto prawie-cytrusowe

Z coraz cieplejszymi i coraz bardziej słonecznymi wiosennymi dniami przyszła mi ochota na ciasto, ale nie na takie typowo zimowe z dużą ilością kremu, czy bardzo słodkie. Zachciało mi się ciasta lekkiego, niezbyt słodkiego, o jakby to powiedziała synestata, jasnym kolorze. I przyszedł mi pod rękę pewien, pomysł, ale niestety zima się nieodwracalnie skończyła i we wszystkich sklepach z sąsiedztwa zabrakło dzisiaj pomarańczy, dlatego zmuszony byłem poeksperymentować.

 
Niestety, choć może i na szczęście użyłem zbyt dużej formy i ciasto wyszło cieniutkie, ale może to też jest jego kluczem do sukcesu.
 
 

Na przygotowanie potrzeba:

4/5 jajek (żółtka oddzielone od białek)
szklanki cukru pudru
skórki i soku z jednej cytryny
50 g zmielonych migdałów
100 g przemielonych wiórków kokosowych
4 kopiate łyżki mąki

 
Tak jak już wyżej napisałem, najpierw oddzielamy żółtka od białek, następnie żółtka ubijamy z cukrem na puszysty krem i dodajemy sok i skórkę z cytryny, kokos i migdały. Na samym końcu dodajemy ubitą na sztywno pianę z białek. Ciasto pieczemy ok 30 – 45 min w 180 stopniach.
 
 

Moim zdaniem takie ciasto jest idealnym rozwiązaniem na wiosenne przesilenie i z gałką lodów i filiżanką kawy postawi na nogi każdego.

Andrzej Bogucki – Titina

Dzisiaj chciałbym zaprezentować Wam piosenkę, która rozpoczęła przedstawienie, na którym ostatnio miałem przyjemność być w moim miejskim teatrze – Teatrze Zagłębia, o której już wcześniej pisałem (TUTAJ). Niestety nigdzie nie mogłem znaleźć wersji wykonywanej przez Eugeniusza Bodo, ale moja – czyli Andrzeja Boguckiego też jest warta wysłuchania.

O Andrzeju Boguckim już wspominałem, przy okazji piosenki A mnie jest szkoda lata, której możecie posłuchać TUTAJ.
 
Piosenka ta została skomponowana w 1917 roku przez  Leo Denideroffa, jej oryginalny tytuł  to Je cherche apr?s titine. W Polsce zasłynęła właśnie dzięki Eugeniuszowi Bodo, a w latach około wojennych stała się prztyczkiem w nos Hitlera, za sprawą wykonania Ludwika Sempolińskiego, który śpiewał ją ze zmienionym tekstem, pełnym aluzji wyśmiewających dyktatora. Warto też wspomnieć, że była ona wykonywana przez Charliego Chaplina w filmie pt. Dzisiejsze czasy.

Zatem zapraszam do wysłuchania:
 
Inne wersje znalezione na YouTube:
Charlie Chaplin 
Yves Motand

Tarta cytrynowa

Ostatnimi czasy na moim blogu panowała cisza, a to z powodu czysto przyziemnego. Pozornie nadmiar wolego czasu sprzyja kreatywności, w rzeczywistości lenistwu. Ostatni tydzień był piękny ciepły i słoneczny, miałem wyjątkowo mało zajęć na uczelni. Bardziej, jak na blogowaniu skupiłem się na przeżywaniu wiosny. Dziś postanawiam to zmienić i powrócić do systematycznej pracy. Tarta, którą am dzisiaj zaprezentuje, chodziła za mną już od dawna i przyznam, że ta wiosenna aura jeszcze bardziej mnie skusiła do jej przygotowania.

Przepis na tę tartę zapożyczyłem, lecz z kilkoma zmianami od Anny Giery z bloga Moimzdaniem.be (możecie go znaleźć TUTAJ). Moje zmiany wynikają z tego, że mam bardzo sprawdzony przepis na ciasto kruche, a po za tym za bardzo się rozpędziłem w przygotowaniach i najpierw zrobiłem ciasto, a później przeczytałem dokładnie przepis.

Do przygotowania ciasta potrzeba:
2 żółtka
pół szklanki cukru
2 szklanki mąki
pół kostki margaryny
1 łyżkę gęstej śmietany
szczyptę soli
Jak wiać składników nie ma zbyt dużo. Wystarczy je zagnieść, uformować kulkę i włożyć na około godzinę do lodówki. Po tym czasie ciasto wykładamy do formy. Ja nie mam formy do tarty, dlatego użyłem klasycznej tortownicy. Moja rada jest taka, że kiedy ciasto się klei do palców podczas wykładania w blasze, należy mieć pod ręką szklankę lub miseczkę z wodą i od czas do czasu moczyć palce, wówczas ciasto nie będzie się wcale kleiło do rąk.
Tak przygotowany spód piekłem przez 15 minut w 200 stopniach, aby nie wyrósł za bardzo przykryłem go pergaminem, a następnie wysypałem fasolę. Muszę przyznać, że już nie raz słyszałem o takim sposobie pieczenia spodów z ciasta kruchego, ale jeszcze go nigdy wcześniej  nie wypróbowałem. Sposób sprawdził się.
Kiedy spód do ciasta się piekł przygotowałem masę cytrynową. Użyłem trzech cytryn, jeśli ktoś nie lubi zbyt ich kwaśności to polecam użyć dwóch.
Na masę cytrynową potrzeba:
2 lub 3 cytryny
pół kostki margaryny
3 jajka
1/3 szklanki cukru
Najpierw należy rozmieszać jajka z cukrem, a w osobnym rondelku umieścić sok cytrynowy z margaryną i podgrzać, aż do momentu rozpuszczenia się jej. Kiedy już cała margaryna połączy się z sokiem, połowę takiej masy mieszamy z masą jajeczną, energicznie mieszając. Następnie łączymy wszystkie składniki i umieszczamy na małym ogniu ciągle mieszając, aż do zgęstnienia masy. Wówczas ściągamy ją z ognia i odstawiamy do wystygnięcia. Później przygotowujemy bezę.
Na bezę potrzeba:
3 białka
3/4 szklanki cukru
szczyptę soli
łyżkę mąki ziemniaczanej
Najpierw ubijamy białka z solą, gdy będą już sztywne dodajemy powoli cukier, a na końcu mąkę. Kiedy już wszystkie masy mamy gotowe. wykładamy je po kolei na podpieczony spód: cytrynową pierwszą i bezę na wierzch. Ja postanowiłem zrobić małe fale na bezie za pomocą łyżki. Całość pieczemy w 180 stopniach prze 5 minut, a następnie 15 – 20 min w 150 stopniach.

Eugeniusz Bodo ? Czy mnie ktoś woła?

Wczoraj miałem ogromną przyjemność być w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu (moim mieście <3 ) na głośniej ostatnio sztuce Eugeniusz Bodo ? Czy mnie ktoś woła? opowiadającą historię życia tego przedwojennego artysty.

Z powodu mojego uwielbienia dla muzyki z tamtych lat na ten spektakl wybierałem się już od momentu, kiedy po raz pierwszy o nim usłyszałem. Muszę przyznać, że nie zawiodłem się wcale. Muzyka, gra aktorska oraz prezentowane utwory na najwyższym poziomie. Momentami mogłem się poczuć, jakbym się przeniósł do przedwojennego kabaretu na rewię.
Oczywiście w spektaklu nie zabrakło wątku kiedy Bodo został aresztowany przez NKWD, co było idealnie przeplatane z opowieścią z jego młodości oraz tymi wszystkimi utworami z lat 30′. 
Każdej osobie z okolic Sosnowca, jak i przyjezdnym gorąco polecam tę sztukę, ja sam mam ochotę wybrać się na nią jeszcze nie jeden raz, bo jest ona tym co najbardziej lubię.

Już nie mogłem wytrzymać – pierwsze nasiona wysiane

Dni są coraz bardziej wiosenne, na dworze coraz cieplej. Niestety jeszcze trochę za zimno, żeby coś posadzić. Za to w domu to już inna kwestia.  Pierwsze pomidory i nie tylko już wysiałem. 

Część nasion pochodziła z zeszłorocznego zbioru, ale też uzbroiłem się w nowe odmiany. Bardzo ciekawi mnie smak żółtych pomidorków gruszkowych. W zeszłym roku, gdzieś wyczytałem, że są bardzo smaczne, dlatego też się na nie skusiłem. Oprócz nich kupiłem mieszankę kolorowych papryk. Jestem bardzo ciekaw jak wyjdą mi moje tegoroczne ogrodowe plony. 
Nasiona posadziłem w plastikowych kubkach, jak na napoje, ponieważ zmieściło się ich więcej na podstawce. Zazwyczaj sadziłem najpierw w skrzynkach, a później bezpośrednio do gruntu, ale było to kłopotliwe, kiedy rośliny były splątane korzeniami. Oczywiście przed posadzeniem nasion w kubkach odpowiednio je przygotowałem. W każdym ponacinałem brzeg przy dnie, aby nadmiar wody mógł uchodzić oraz odciąłem górny kołnierzyk, aby móc zmieścić jeszcze więcej kubków na podstawce. 
Jeszcze poczyniłem jedno przygotowanie do sezony ogrodowego. Nie wiem, czy pamiętacie mój pomidorowy eksperyment (o którym możecie przeczytać TUTAJ) z początku listopada. Czas na moje podsumowanie. Pomidor może przeżyć zimę, ale tylko taki posadzony w zimie, niestety nie ma możliwości wyhodowania owoców, chyba że ktoś by go doświetlał specjalnie. Mój okaz dorósł do ponad półtorej metra. Za radą Basi ze Słonecznego Balkonu, którą miałem zaszczyt poznać na ostatnim spotkaniu BloSilesii, odciąłem odrosty i wsadziłem do wody. Mam nadzieję, że szybko się ukorzenią i wydadzą owoce wcześniej od tych właśnie posadzonych. 

Limonkowo – imbirowy napój musujący

Kilka dni temu za sprawą coraz bardziej wiosennej i słonecznej aury naszła mnie ochota na mój limonkowo-imbirowy napój. Zazwyczaj przygotowywałem go w lecie, bo nadaje się idealnie na okresy upałów, szczególnie mocno schłodzony. Dodatkową jego zaletą jest to, że mimo iż jest on napojem gazowanym, to żadnej chemii nie zawiera, bąbelki pochodzą z żywego źródła.

Tak jak napisałem wcześniej bąbelki w napoju pochodzą z naturalnego źródła, czyli z dodanych drożdży, takich samych jak do pizzy. W sumie taki napój można by było nazwać piwem, ale jak dla mnie piwa w smaku wcale nie przypomina, bardziej smakuje jak butelkowane drinki smakowe.
Do przygotowania 3 litrów napoju potrzeba:

3 litry wody 😉
2 limonki
spory kawałek imbiru
1,5 szklanki cukru
pół łyżeczki drożdży suchych
Pierwszym etapem przygotowania napoju jest podgrzanie wody, tak aby nie parzyła, kiedy włożymy palec. Następnie w wodzie rozpuszczamy cukier, dodajemy drobno posiekany imbir oraz sok z limonek. Kiedy już wszystkie składniki będą dodane, garnek z napojem ściągamy z ognia i dodajemy drożdże, które należy dobrze rozmieszać, aby nie porobiły się grudki.
Gdy drożdże już się dobrze rozpuszczą możemy przelać, jeszcze surowy, napój do butelek. Proponuję do 3 lub 4 o pojemności 1,5 litra. NIE WOLNO wypełniać butelek w całości napojem, ponieważ w kiedy drożdże pracują wydzielają sporo dwutlenku węgla, który stanowi pieszczące podniebienie bąbelki. Ja zazwyczaj po wlaniu napoju zgniatam tak butelki, aby poziom cieczy dochodził do korka.
W tym momencie inicjatywę przejmują drożdże. Napój dojrzewa przez 4 – 5 dni. W zależności jaki smak chcemy uzyskać. Jeśli lubimy słodkie napoje idealny jest już po 3 – 4 dniach, natomiast kiedy chcemy napój bardziej wytrawny (i co logiczne z większą ilością alkoholu, która i tak jest śladowa) zostawiamy go na 5 – 7 dni. Warto jednak pamiętać, że póki drożdże pracują cały czas gromadzi się gaz w butelkach i należy je raz dziennie odpowietrzać, w przeciwnym razie grozi nam mały wybuch 😀
Ja jednak jestem zwolennikiem napoju w wersji słodkiej, dlatego piję już napój czterodniowy, ale to od Was zależy jaki smak chcecie uzyskać. Gotowy napój ma mleczną barwę i jest delikatnie gazowany. Taki napój prócz walorów smakowych jest też zdrowszą alternatywą powszechnie dostępnych w sklepach napojów gazowanych. Oczywiście, ktoś by mi mógł powiedzieć, że zawiera on dużo cukru, ale część z dodawanego na początku w wyniku pracy drożdży przemienia się w alkohol, co może być jedynie minusem, bo nie wolno go podawać dzieciom. 

Ryż ze szpinakiem – czyli obiad w 20 minut

Dzisiaj z okazji, że miałem dzień wolny przygotowanie obiadu spoczęło na moich barkach. Niestety, jak to często bywa w dzień wolny mamy mnóstwo „bardzo ważnych” zajęć, że nie starcza nam czasu na te, które sobie zaplanowaliśmy. Tak też dzisiaj było – pół dnia lenistwa, zbyt późny jogging, pół godziny na zrobienie obiadu.

Dzisiejszy obiad mogłem przygotować w tak szybki sposób między innymi dzięki mojej siostrze, która to odstąpiła mi część darów losu, ze Spotkania Podkrakowskich Mam Blogerek, o którym możecie przeczytać więcej TUTAJ. Drugą rzeczą przygotowania szybkiego obiadu były zakupione dzień wcześniej polędwiczki, które jak wiadomo są bardzo szybkie w przygotowaniu.
Muszę przyznać, że początkowo podszedłem nieufnie do tego dania z kartonika. Zazwyczaj takie specyfiki oznaczają naszpikowaną chemią mieszankę, która nadaje się prędzej do umycia podłogi, jak do podania na obiad. Jakie było moje zdziwienie, kiedy przeczytałem informację na opakowaniu, że produkt nie zawiera żadnych konserwantów i pseudo-ulepszaczy smaku. Naprawdę jestem wdzięczny firmie SYS, że wypuściła na nasz rynek takie produkty, które przy ogromie wysoko-przetworzonej żywności są samotną oazą zdrowia, która mam nadzieję będzie się rozrastać.
Na opakowaniu zostały przedstawione dwa sposoby przygotowania dania. Pierwszy tradycyjny i zdrowy, drugi nowocześniejszy, szybszy, ale mniej zdrowy. No, tak ale nie miałem wyboru, bo czas gonił. Zamiast wszystko klasycznie gotować w garnku wybrałem przygotowanie w mikrofalówce. Do tego na opakowaniu znalazłem ciekawe porady, które zastosowałem, czyli dodanie łyżki masła, czosnku oraz jajka do szpinaku. Po 20 minutach spędzonych w naczyniu żaroodpornym w mikrofali obiad był w zasadzie gotowy.
W międzyczasie, kiedy szpinak z ryżem gotował się w mikrofali, ja przygotowałem polędwiczki w sposób klasyczny – identycznie jak w moim przepisie na polędwiczki w sosie śmietanowo-musztardowym. Te dwa smaki idealnie się dopełniły – soczysta polędwiczka oraz ryż z smakowitym szpinakiem, przypominającym zbliżające się lato. Moim zdaniem idealny sposób na szybki obiad, bez nadmiaru chemii, która i tak nas na co dzień otacza. 

Moi Drodzy!

Moi Drodzy!

 Długo nad tym myślałem, nie chciałem początkowo na blogu czy Fan Page’u eksponować swoich poglądów politycznych i światowych, ale w obliczy tego co się dzieje na świecie, a mianowicie na Ukrainie, nie mogę pozostać obojętny. Dlatego proszę Was o polubienie i obserwowanie poniższej strony na Facebooku, bo jak wiadomo Facebook już nie raz zadziałał w takich sprawach.

NIE dla Rosyjskiej inwazji na Ukrainę