Serowo – szynkowe ślimaczki z ciasta francuskiego

Ostatnim razem podzieliłem się z Wami moim już wiele razy sprawdzonym pomysłem na makowe ślimaczki z ciasta francuskiego, o których możecie poczytać TUTAJ. Tym razem moja propozycja nie będzie słodka, ale raczej słona, do przygotowania jej zainspirowały mnie przeglądane różne zdjęcia potraw w internecie. Jest to według mnie odmienny sposób na śniadaniową nudę.

Do przygotowania takiego śniadania będziemy potrzebować:
1 opakowanie ciasta francuskiego
kilka plasterków żółtego sera (ok. 10 dag)
klika plasterków szynki i/lub salami (ok. 10 dag)
kulkę mozzarelli
szczyptę bazylii
Na dip:
3 łyżki jogurtu naturalnego
szczypiorek z jednej cebulki
1 ząbek czosnku
szczyptę soli
szczyptę pieprzu
Pierwszym krokiem jaki robimy podczas przygotowywania naszych ślimaczków jest włączenie piekarnika i nastawienie na 200 stopni. Następnie rozwijamy ciasto rozkładamy na nim w miarę równomiernie żółty ser, szynkę, mozzarellę i obsypujemy bazylią.
Następnie zwijamy w rulon ciasto, starając się aby był on jak najbardziej ściśnięty, a następnie lekko go wygniatamy, aby był jeszcze bardziej zwarty.
Teraz podobnie, jak w przypadku ślimaczków makowych, kroimy jeszcze surowe ciasto na plasterki o średniej grubości. W tej czynności jest nam niezbędny ostry nóż, bo w przeciwnym razie możemy popsuć całą naszą pracę i porozrywać ciasto. W tym momencie warto przypomnieć że podczas krojenia łączenie ciasta powinno znajdować się na spodzie, co zapobiegnie zepsuciu się naszych ślimaczków. 
Ja wykorzystałem tylko połowę ciasta ze względu na to, że nie było by komu zjeść całości. Pozostałą część włożyłem do zamrażalnika. Kiedyś będę miał szybkie i smaczne śniadanie. Ślimaczki następnie wstawiamy do nagrzanego piekarnika na około 15 – 20 min. Pieczemy do momentu, kiedy uzyskają złocisty kolor.
Podczas pieczenia przygotowujemy orzeźwiający dip. Jego przygotowanie było bardzo proste. Wszystkie składniki wystarczy przełożyć do blendera i zmiksować. Uważam, że jest on niezbędny w przypadku tego dania bo zaostrza lekko mdły smak ciasta.
Ślimaczki idealnie smakują właśnie z tak przyrządzonym dipem, sowicie nim oblane. 

Kto lubi zimę niech nie czyta

Ostatnio ku mojemu ogromnemu niezadowoleniu do naszego kraju zawitała zima. Większość osób pewnie mówi, że nareszcie! że nie mogli się jej doczekać i  ogóle są ferie to i śnieg musi być. Ja jednak należę do może nielicznej grupy ludzi, dla których zima mogła by w ogóle nie istnieć. Dlatego od kilku dni staram się po zamknięciu drzwi domu zostawić ją na zewnątrz i cieszyć się ciepłem domowego zacisza.


Jedyny obraz zimy jaki niestety muszę oglądać to zalegający śnieg na oknie dachowym nad beniaminem, który wydaję się nie przejmować mroźną aurą. Po za tym staram się cały czas w moim pokoju utrzymać przyjemną, wysoką temperaturę, dzięki nie tylko normalnemu kaloryferowi, ale również pomaga mi w tym pewien dziarski staruszek. Mimo to, że ten olejowy grzejnik „żre” prąd jak oszalał nie zmieniłbym go na nic innego, bo ciepło jest również tropikalne.
Moje rozbestwienie na wysoką temperaturę może wydawać się przesadne, bo siedząc w nagrzanym pokoju wypijam hektolitrami jeszcze gorętsze herbaty. Takie prawie wrzące napoje smakują mi najbardziej, kiedy za oknem temperatura sięga kilkunastu albo tylko kilku kresek poniżej zera. W końcu zbliża się sesja i trzeba czymś zapijać przyswajaną wiedzę.
A kiedy tak siedzę i powtarzam to co muszę do sesji już wyobrażam sobie przyszłe wakacje i nieśmiało snuję plany i marzenia, gdzie bym chciał pojechać. I już od kilku lat marzę o Portugalii. O słońcu, o porto, o fado i o słodkich owocach. Niestety póki co są to jedynie marzenia, które może dopiero na starość uda mi się zrealizować. Teraz pozostaje zagryzać suszone morele i słuchać tej cudnej muzyki.
Właśnie jeśli chodzi o fado, to kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tej muzyce to miałem trochę uprzedzenia, że może być nudna lub nieciekawa. Nic bardziej mylnego. Od pierwszych dźwięków się zakochałem. Właśnie w te dni, kiedy zima daje o sobie najbardziej znać przenoszę się na Portugalskie wybrzeże zasłuchując się w koncert Marizy w Lizbonie.  Co i Wam gorąco polecam.
 

Smuty koniec wspaniałej przyjaźni

Ostatnio miałem zamiar dzielić się z Wami większą liczbą piosenek z mojej płytoteki, a w szczególności nagraniami na płytach szelakowych odtwarzanych na moim gramofonie na korbę. Miałem, niestety bo gramofon już nie odtworzy niczego…

Kiedy po raz ostatni słuchałem płyty odtworzonej za pomocą tego gramofonu coś nagle głośno trzasnęło i powtarzało się cyklicznie. Niemiły, głośny, metaliczny dźwięk. Od razu zatrzymałem, zdjąłem płytę i zajrzałem do mechanizmu napędowego. Stwierdziłem, że nie może nic tam chyba się dziać bo niedawno temu go oliwiłem. Niestety, po zdjęciu blokady z talerza zacząłem obserwować, stukający mechanizm.
Moim oczom ukazała się jedna z zębatek, która w jednym miejscu się stępiła, nie wiem jakim cudem mogło do tego dojść. Przecież niezbyt często korzystałem z tego wspaniałego urządzenia. 
Początkowo wierząc w swoje siły, jako przyszłego inżyniera (chemika, ale zawsze inżyniera) postanowiłem rozkręcić mechanizm. Niestety popełniłem straszliwy błąd… zapomniałem poczekać, aż sprężyna do końca się odkręci. 
Przy odkręceniu ostatniej śruby od osłony nagle cały mechanizm dosłownie eksplodował, a rozszalałe zębatki zadziałał jak malutkie piły tarczowe wyżynając wyżłobienia w wnętrzu obudowy gramofonu i moich palcach.
Na szczęście moje palce są jedynie trochę podrapane, choć początkowo myślałem, że nawet mi je odcięło. Niestety z gramofonem nie jest już tak różowo. Mechanizm z powodu jednego koła zębatego nie nadaje się już do użytki. Jeszcze muszę się zorientować i popytać, może ktoś będzie w stanie mi pomóc i naprawić tę zębatkę lub zrobić nową. 
Niestety z racji, że jest to sprzęt już raczej archaiczny nie mam innej możliwości zakupienia części zamiennych. Dlatego teraz ku mojemu niezadowoleniu gramofon pełni jedynie funkcję ozdobna, jako ciekawy gadżet, co nie jest w cale miłe dla moich oczu. Jeszcze się postaram jakoś go naprawić, ale kiedy się okaże, że jest to niemożliwe, będę musiał go niestety sprzedać, czego bym chciał uniknąć.

Makowe ślimaczki z ciasta francuskiego

Dzisiaj wykorzystałem jeszcze przedświąteczne zapasy z zamrażalnika. Przygotowałem ciastka, które zazwyczaj przygotowywałem na wigilię, ale o innej porze roku również smakują wyśmienicie. Składnikiem, który był odłożony i czekał na swoją kolej był mak z wigilijnych klusek, który przygotowała moja babcia. Oczywiście był on w tym czasie zamrożony.

Aby mak był bardziej przystępny w jedzeniu i przygotowywaniu po odmarznięciu zmieliłem go w maszynce dwa razy. Zrobiłem tak, ponieważ zazwyczaj używałem maku z puszki, który był bardziej wilgotny i zmielony, ale niestety bardziej „chemiczny”. Na szczęście ten od mojej babci już taki chemiczny nie jest.
Niestety już w przypadku ciasta francuskiego nie byłem, aż taki konserwatywny i użyłem sklepowego. Niestety przeczytałem skład i stwierdziłem, że na następny raz sam takie przygotuje, mimo że jest z tego co mi wiadomo dosyć trudne.
Powracając do mojego przepisu to nie jest on bardzo skomplikowany i trudny. Jeśli używamy maku z puszki, to będziemy potrzebować dwóch rolek ciasta. Mnie wystarczyła jedna.
Przygotowują ciasteczka, najpierw włączamy piekarnik i nastawiamy na 200 stopni. Ciasto rozwijamy i równomiernie rozprowadzamy mak na jego powierzchni.
Kolejnym etapem jest zrolowanie ciasta przy pomocy pergaminu, w jaki było zawinięte oryginalnie. Przygotowanie jest podobne jak przygotowywanie rolady, ale tylko do tego momentu. 
Teraz będziemy potrzebowali ostrego noża. Rolkę, z której będziemy wykrawać ciasteczka kładziemy miejscem, gdzie ciasto się skończyło dołem do deski, tak aby podczas krojenia się nie otwarło i rozwaliło. 
Tak pokrojone plasterki ciasta układamy na blaszce wyłożonej pergaminem i wkładamy do piekarnika na 10 minut, w momencie gdy zauważymy że ciasteczka są już wystarczająco zrumienione wyłączamy grzanie i pozostawiamy, aby doszły. W efekcie otrzymujemy łakoć niczym z Paryskiej kawiarni.

Polędwiczki w sosie śmietanowo – musztardowym

Dzisiaj miałem trochę czasu, bo już mniej zajęć na uczelni, dlatego mogłem trochę czasu więcej spędzić w kuchni na gotowanie obiadu. Miałem bardzo dobrą bazę, czyli polędwicę. Jadąc w autobusie zastanawiałem się, jak by tu ją przygotować, aby nie zepsuć tak delikatnego mięsa. Przyszedł mi do głowy pomysł na polędwiczki w sosie śmietanowo – musztardowym. 


Jeszcze nigdy wcześniej nie miałem okazji przygotowywać polędwicy w ten sposób. Pierwszym krokiem do przygotowania obiadu było dokładne umycie polędwicy i jej osuszenie, a następnie pokrojenia na średniej grubości paski. Następnie delikatnie rozbiłem mięso, ale tylko ręką żeby było tylko troszkę cieńsze.

 Przyprawiłem klasycznie, czyli solą i pieprzem, którego nie żałowałem.

Całą deskę posypałem przyprawami, ponieważ nie wymagało to przewracania polędwiczek na drugą stronę, tylko przełożenia w miejsce przyprawione i lekkie przygniecenie. Smażyłem je po około 8 minut z każdej strony, aż do momentu kiedy się przyrumieniły. Aby smak był lepszy do smażenia użyłem masła.

W trakcie smażenia przygotowałem w osobnym garnku sos śmietanowo – musztardowy. Na przygotowanie tego sosu potrzeba:

pół małego kubeczka śmietany 30%
2 łyżki stołowe musztardy
1 łyżka stołowa miodu
sporo świeżo mielonego pieprzu

Sos gotowałem na wolnym ogniu, mieszając, aż do rozpuszczenia się dodanych składników, ale nie doprowadziłem go do wrzenia.

Kiedy już polędwiczki były gotowe zdjąłem je z ognia i podałem z ziemniaczanym purée ze śmietaną i tymiankiem oraz z ugotowanymi na parze brokułami. Mięso, jak i brokuły skropiłem przygotowanym sosem. 

Choć po praz pierwszy robiłem tego typu danie i obawiałem się, że nie sprostam i przygotuję coś naprawdę strasznego w smaku efekt był zaskakująco przeciwny. Wszystkie smaki pasowały do siebie idealnie i wzajemnie się dopełniały.  Pikantny smak polędwiczek był idealnie łagodzony słodkawym i łagodnym smakiem sosu, który równierz idealnie współgrał z brokułami oraz  purée .

DIY: Nowa torba – czyli mam gdzie nosić cały dobytek

Wczoraj z powodu dzisiejszych laboratoriów na uczelni zwarłem szyki i skończyłem kolejną torbę. Jak dla mnie jest to najwygodniejszy sposób na przenoszenie swojego dobytku po za domem, ponieważ w przypadku plecaka nie mamy już wszystkiego dosłownie „pod ręką”.

Zanim zacznę opisywać cały proces twórczy wytłumaczę się dlaczego dzisiejsze laboratoria zmusiły mnie do zakończenia prac krawieckich. Wszystko wzięło się od ilości rzeczy, jakie potrzebuję na laboratoria: fartuch, notatniki, książki, kalkulator, rękawiczki, okulary… 
Mógłbym jeszcze wymieniać wiele, jak na przykład ostatnio nabyty termos albo kubek termiczny. Moje poprzednie torby niestety nie są z gumy i zwyczajnie nie mieściły wszystkiego. Z powodu braku reprezentatywnego plecaka zmuszony byłem albo upychać wszystko na siłę, albo korzystać z dodatkowych reklamówek. 
Przyszedł mi do głowy pomysł na torbę, w której pomieściłbym wszystko. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. No prawie, wczorajszego wieczoru, jak to zwykle u studenta bywa przyszywałem ostatnie elementy.
Tak jak moja poprzednia torba i plecak, o których już wcześniej pisałem (TUTAJTUTAJ) też tę torbę zrobiłem z materiałów odziedziczonych po moim dziadku krawcu. Dopiero teraz doceniam ten zawód, jaki wykonywał on przez całe życie i zaczynam żałować, że już mnie nic nie nauczy.
Wykrój do torby wykonałem moim sposobem, czyli od kartki formatu A3. Cała torba ma długość na dwa A3 i trochę. a boki po pół karki A3. Oczywiście, aby nie była ona zbyt wiotka, oprócz podszewki wszyłem w środek trzecią warstwę materiału.
Postanowiłem, że ta torba będzie bardziej złożona od poprzedniej i uszyłem ją z dwóch rodzajów materiału. Pierwszy, jest to beżowy sztruks, a drugi jest koloru zielono – niebiesko – grafitowy. Ten materiał jest dla mnie szczególnie cenny, ponieważ mam kamizelkę po dziadku, którą sam kiedyś sobie uszył z właśnie tego materiału. 
Później przyszedł czas na długie i mozolne zszywanie wszystkich elementów na moim łuczniku, o którym niebawem. Było to, jak zawsze zadanie mozolne i trudne, choć na pierwszy rzut oka wygląda na dziecinnie proste. Mogę tylko powiedzieć, że mimo włożonego trudu było warto.
Z efektu i pakowności torby jestem naprawdę zadowolony. Już dzisiaj ją wypróbowałem i wszystkie potrzebne rzeczy mi się w niej zmieściły bez problemów, a do tego było jeszcze sporo miejsca wolnego.

Jarzynowo – podgrzybkowa zupa babci Halinki

Przepis i główny składnik na tę zupę dostałem od mojej babci. Jest to zupa, którą zawsze z chęcią je moja mama, mówiąc, że jest to jej smak z dzieciństwa. Ja muszę przyznać, że dopiero od niedawna znam jej smak, bo wcześniej grzyby w zupie wydawały mi się niejadalne i niesmaczne.

Zupa ta jest bombom witaminową i polecam ją gorąco na te zimowo/jesienne klimaty tej zimy. Do jej przygotowania potrzeba:
2 podudzia z kurczaka
2 marchewki
1 pietruszkę
1 średni ziemniak
kawałek selera
3-4 kuleczki ziela angielskiego
2 liście laurowe
dużą szczyptę lubczyku
2 łyżki kaszy (dowolnej)
średni słoik podgrzybków
sól i pieprz do smaku
Przygotowanie tej wspaniałej zupy jest podobne, jak w przygotowaniu każdej innej. Najpierw na małym gazie wstawiamy kurczaka zalanego wodą, do którego dodajemy ziele angielskie i liść laurowy. Następnie warzywa ucieramy na tarce, a  ziemniak kroimy w kostkę i dodajemy do kurczaka. Potem dodajemy kaszę i lubczyk. Teraz całość musi się podgotować, do momentu kiedy warzywa będą lekko miękkie. 
Kolejnym krokiem jest dodanie podgrzybków. Te, które ja dostałem od mojej babci były zalane jedynie woda z solą. Przed dodaniem ich do zupy odcedziłem zalewę i większe grzyby pokroiłem. Tak przygotowane podgrzybki dodajemy do naszego wywaru. Nadal zupa musi się trochę podgotować, aby przeszła wszystkimi smakami, tak około 15-20 minut.
Kiedy uznamy, że zupa jest już prawie gotowa dodajemy sól i pieprz. Ja zawsze czekam z soleniem na sam koniec, ponieważ podczas gotowania część wody odparowuje i wówczas możemy zgotować solny ulepek. Na samym końcu dodajemy śmietanę, oczywiście jej ilość zależy od naszego uznania. Ja lubię, jak w takiej zupie jest dużo śmietany, więc dodałem całą małą śmietanę 30%.

Lekka sałatka z ananasem i jogurtem

Lekka sałatka z ananasem i jogurtem należy do jednych z moich ulubionych. Przepis na nią odrobinę zmieniłem, dodają kilka plasterków szynki, bo brakowało mi w niej czegoś dzięki czemu stała się bardziej pożywna i sycąca. 

Kiedy właśnie po raz pierwszy miałem styczność z przepisem na tę sałatkę była ona nazwana sałatką z Lidla, ponieważ wszystkie składniki potrzebne do jej przygotowania można znaleźć w tym sklepie. Tym razem, składniki na moją sałatkę nie pochodziły tylko z jednego sklepu, bo trzeba było zużyć zapasy zgromadzone na święta.
Tak, jak widać na zdjęciu do przygotowania takiej, niebiańsko smacznej sałatki potrzeba:
1 puszkę pokrojonego ananasa
1 puszkę kukurydzy
1 duży kubek jogurtu Greckiego
1 paczkę sera tartego (zawsze można samemu zetrzeć) 
2 ząbki czosnku
4 plasterki szynki
Przygotowanie jest bardzo proste. Najpierw należy przepłukać wyjętą z puszki kukurydzę i wsypać do dużej miski. Następnie dodajemy ananas (bez syropu), czosnek przeciśnięty przez praskę, ser, pokrojoną w kostkę szynkę i jogurt. Na końcu wszystko mieszamy i mamy już miskę pełną niebiańskiej rozkoszy smaku.
Na pozór składniki sałatki mogą się wdawać nie pasujące w ogóle od siebie, wręcz gryzące się. Ja sam na początku podejrzliwie patrzyłem na połączenie słodkiego ananasa, słonego sera i jogurtu. Po pierwszym spróbowaniu przekonałem się, że nie było warto się obawiać tego połączenia, bo jest naprawdę wspaniałe.
Kolejną zaletą tej sałatki jest krótki czas potrzebny na jej przygotowane. Wystarczy mniej niż 10 minut i już można się pochwalić niezapowiedzianym gościom swoimi umiejętnościami kulinarnymi. 

Gołda Tencer – Mejn yiddishe mame

Po dłuższej mojej nieobecności blogowej, spowodowanej dłuższym wolnym na uczelni, a w związku z tym małymi wakacjami od internetu i tego całego świata wirtualnego, postanowiłem powrócić do publikacji piosenek z mojej winylowej płytoteki. Dzisiejszym utworem, który już od dawna chciałem Wam pokazać/przypomnieć jest Mejn yiddishe mame.

Utwór ten pochodzi z płyty Miasteczko Bełz… Piosenki Żydowskie śpiewa Gołda Tencer wydanej w 1988 roku. Piosenka ta należy do tradycyjnie śpiewanych żydowskich utworów śpiewanych przy okazji różnych festiwali, czy innych popularyzujących spotkań tę kulturę. Warto w tym miejscu nadmienić, że kultura Żydowska towarzyszyła Polskiej już od wieków i boli to, że wiele osób uważa ją za obcą, czy nawet wrogą i niepotrzebną. Wystarczy wziąć do ręki, choćby Pana Tadeusza
Piosenka ta opowiada historię matki, która w tragicznych okolicznościach utraciła swojego ukochanego syna. Jest przepełniona emocjami i tymi pozytywnymi i tragicznymi. 
Serdecznie zapraszam do wysłuchania:
Inne wersje znalezione na YouTube:
Hanka Ordonówna – jak dla mnie najlepsze wykonanie
cz.1.
cz. 2.
Regine Zylberg
Charles Aznavour
A która wersja podoba się Wam najbardziej?