SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!

Już kończy się ten wyjątkowo dobry dla mnie roku 2013. Patrząc dzisiaj wstecz stwierdzam, że był to bardzo dobry roku, udało mi się zrealizować wiele celów, które sobie postawiłem. Przede wszystkim powróciłem do blogowania, choć tym razem bardziej profesjonalnie i „na serio” 
Mimo to, że mój blog nadal nie wygląda tak jakbym chciał, to i tak jestem zadowolony, że w ogóle zdecydowałem się go założyć i prowadzić. Wychodzi mi to raz lepiej, raz gorzej, ale daje dużo satysfakcji i pozytywnego „kopa” na każdy kolejny dzień. Zawdzięczam to głównie dzięki Wam – moim czytelnikom. Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz – mimo, że nie na wszystkie odpowiadam, cieszę się z każdego i uważam je za jedną z najwspanialszych rzeczy jakie mogę od Was dostać.
W związku z tym i z okazji nadchodzącego Nowego Roku życzę Wam Wszystkiego co najwspanialsze, pozytywnego myślenia każdego dnia, realizacji wszystkich zamierzonych planów oraz spokoju w tym zabieganym świecie. 
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO W NOWYM ROKU!

Świąteczne podsumowanie cz. 2

Wiem, że już mało kto myśli o świętach i tym co było i każdego głowa jest zaprzątnięta myślami sylwestrowymi, ale ja jestem człowiekiem, który lubi wspominać to co kiedyś było więc nadal pozostanę w tematyce świątecznej. 

Tak, jak już poprzednio pisałem w tym roku Wigilia nie była u nas, ale u mojej cioci dlatego nie mam zbyt wielu zdjęć Naszego wigilijnego stołu. Natomiast u Nas był organizowany obiad na Boże Narodzenie. Mimo małych „trudności logistycznych” związanych z ograniczoną powierzchnią stołową udało mi się jakoś wszystko na nim zmieścić.
Na każdego czekała filiżanka z mojego ukochanego Bolesławca, marzy mi się aby kiedyś uzbierać cały serwis tej przecudnej, tradycyjnej, a zarazem nowoczesnej ceramiki dla całej mojej licznej rodziny. Jeśli już wspominać prezenty, to jeden był szczególnie trafiony, a jednocześnie należał do tych nie najdroższych. Jest to kubek termiczny z komiksem z moim udziałem, o czym już wkrótce napiszę. 
Bardzo lubię takie proste, a jednocześnie zaskakujące prezenty. Na sam koniec tej relacji z spokojnego czasu świątecznego pragnę jeszcze pochwalić się (a jak!) ciastami, które w tym roku upiekłem.
Na tym zdjęciu możecie zauważyć klasyczny sernik z brzoskwiniami, rafaello, murzynka i pierniczki. Upiekłem jeszcze jedno ciasto – orzechowca, ale kiedy robiłem to zdjęcie jeszcze leżakował i nie dało się go kroić. Niestety później tak szybko zniknął, że nie miałem okazji go sfotografować.

Świąteczne podsumowanie cz.1

Ach jak czas szybko leci,  dopiero co się przygotowywałem do świąt,a już minęły. Choć nie był to na szczęści czas stracony, wiadomo było męcząco, bo trzeba było trochę czasu w kuchni spędzić, ale za to wynagrodził to czas spędzony w gronie rodzinnym. W tym świątecznym czasie zrobiłem sobie małą przerwę od internetu, co z resztą można było zaobserwować tutaj – na blogu.

Święta kojarzą się każdemu człowiekowi z choinką, piękną, foremną, a najlepiej świeżą i pachnącą. U nas też taka przywędrowała, bo mojej siostry mąż ściął czubek choinki na swojej działce przed nowym domem. Niestety takie drzewka ani nie pachniało, ani nie było foremne, ani piękne. I po kilku minutach niestety wylądowało za oknem.
Jak widać to drzewko nie było zbytnio urodziwe, na szczęście mąż siostry kupił nowe, bo siostrzenica widząc zabawki choinkowe bardzo chciała ubierać choinkę. No tak ubrała, przy naszej pomocy, niestety ozdoby były tylko z jednej strony i do tego choinka ma krzywy korzeń. Kiedy wróciłem z uczelni zastałem taki widok:
Szczęśliwie upadła na dywan i nie miała na sobie wszystkich zabawek, tych najcenniejszych. Po mojej interwencji, podwiązaniu trzema sznurkami i ubraniu do końca stoi do dzisiaj.
Później przyszedł czas na przygotowania potraw. W tym roku po raz pierwszy pomagałem mojej babci w przygotowaniu naszej tradycyjnej rodzinnej potrawy, czyli klusek z makiem i bakaliami. Nie w każdym domu jada się takie danie na wigilię, dlatego jestem szczęśliwy, że poznałem ten przepis i będę go przekazywał kolejnym pokoleniom mojej rodziny.
Następnie piekłem ciasta, robiłem paszteciki i dekorowałem stół na pierwszy dzień świąt, ale o tym niebawem…

Moja świąteczna PLAYlista

Ostatnio z powodu zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia zastanawiałem się nad listą świątecznych płyt jaki mam w mojej kolekcji i nie są to tylko płyty winylowe, czy szelakowe, ale też CD. Zastanawiałem się, które są bardziej słuchane przeze mnie i moją rodzinę, a które mniej. Chyba każdy przecież ma w domu tę jedyną płytę, którą słucha co roku.

Tak więc zacznę moją PLAYlistę od płyty, która towarzyszy mi chyba odkąd pamiętam. Jest to składanka kolęd na CD z wykonaniami Polskich artystów. Towarzyszy ona nam już od 17 lat! Jest ona typowym przykładem płyty dyżurnej na każde święta. Aż czaszami mnie to zadziwia, że taka staruszka nadal działa bez zarzutu, choć może dawniej liczyła się bardziej jakość, a nie ilość…
Nadal pozostanę w klimacie CD, co zdarza mi się wyjątkowo rzadko, chyba na tym blogu wspominam po raz pierwszy o płytach CD z mojej płytoteki. Do tej pory dałem się Wam raczej poznać, jako winylowy człowiek. Ta płyta jest z kolędami, ale trochę w mniej komercyjnej wersji. Są to utwory grane głównie na skrzypcach, jest to płyta bardziej kameralna od poprzedniej. Jest już znacznie młodsza od poprzedniczki i niestety jej wykonanie jest nieco gorsze, bo już się zacina na jednym utworze 🙁
Teraz powrócę już do moich „tradycyjnych” źródeł muzyki. Pierwsza z tej serii jest szelakowa płyta przeznaczona na gramofon na korbę. Jest na niej ciekawe wykonanie kolędy Gdy się Chrystus rodzi, o czym się niebawem przekonacie. Po za tym takie płyty mają prawdziwego ducha, aż chce się słuchać i słuchać na okrągło.
Kolejna z mojej kolekcji płyt o tematyce świątecznej jest płyta Kolęda-Nocka z utworami pióra Ernesta Bryla. Są to utwory ze spektaklu o nazwie takiej samej, jak moja płyta, którego prapremiera odbyła się 18.12.1980 r. Wszystkie utwory są raczej do przemyślenia i zadumy, nie do frywolnego słuchania. Jedynym, który wcześniej kojarzyłem to Psalm stojących w kolejce, mimo to, że czasy się zmieniły to uważam, że nadal ten tekst jest bardzo aktualny, choć może w innym sensie.
Następna płyta jest najnowszą w mojej kolekcji, choć pod względem wieku jest jedną ze starszych. Kupiłem ją z powodu, że aranżacje i gra na organach jest przez Feliksa Rączkowskiego – autora muzyki do hymnu mojego byłego gimnazjum.

Poniższą płytę kupiłem w zeszłym roku. Miałem nadzieję, że będzie to płyta z przyjemnymi aranżacjami kolęd, niestety są to orkiestrowo – chóralne. Mogą być one dla niektórych ludzi zbyt ciężkie, chyba że ktoś lubi taką muzykę.

Ta płyta jest pierwszą, jaką kupiłem w ogóle z kolędami na LP. Jest to składanka z kolęd wykonywanych przez czołowych wokalistów lat 80′ m.in. Ewe Bem, Edytę Geppert, Andrzeja Zauchę, VOX itp.

Ostatnią płytę, jaką tutaj przedstawię jest prawdziwą perełką. Jest to płyta z 73′ wytłoczona w Nowym Yorku z największymi Amerykańskimi, świątecznymi przebojami, które do dzisiaj się nie zestarzały i są często grane w radio 🙂

Kolędowanie w Akademii Muzycznej w Katowicach

Dzisiaj miał być post o mojej świątecznej PLAYliście, ale postanowiłem, że napiszę o tym co mnie dzisiaj spotkało. Byłem razem ze znajomymi z uczelni na kolędowaniu w Akademii Muzycznej w Katowicach, a to za sprawą mojej znajomej z roku, która jest na tyle uzdolniona i dzielna, że postanowiła studiować dwa kierunki – technologię chemiczną i akordeon, za co ją szczerze podziwiam.

Przed samym koncertem kolędowym, bo można to wydarzenie tak nazwać moja znajoma dała nam mały koncert w swojej „sali ćwiczeń”. Dla mnie, jako dla oddanego wielbiciela akordeonu była to OGROMNA przyjemność słuchać tego instrumentu na przysłowiowe wyciągnięcie ręki. Jeszcze nigdy nie miałem okazji słuchać tak muzyki, tak blisko i namacalnie. Odczucie to mogę porównać, jedynie z słuchaniem gramofonu na korbę, bo dźwięki są podobnie głośne i realistyczne, czego brakuje odtwarzaniu muzyki z CD, czy radia, a nawet elektrycznego gramofonu. 
Już samo wrażenie pokoju wypełnionego akordeonami i fortepianem było ogromne. Polecam gorąco słuchanie muzyki na żywo, bo daje to wyjątkowe doznania. 
Po kilkunastu minutach spędzonych na uczcie dla duszy, przyszedł czas na ucztę dla ciała. Mieliśmy jeszcze trochę czasu do koncertu kolędowego i wybraliśmy się do bufetu Akademii Muzycznej, gdzie z resztą odbył się cały koncert (bufet mieści się w ogromny hallu AM). 
Tak więc, przy filiżance aromatycznej kawy spędziliśmy godzinę na słuchaniu wykonania przez studentów AM tradycyjnych kolęd i pastorałek, choć nie zabrakło też kilku nowszych.
Niestety zdjęcia nie są pierwszej klasy, bo nie wziąłem ze sobą mojego aparatu. Nie zapomniałem oczywiście o nakręceniu krótkiego filmiku. Niestety jest bardzo, krótki, bo nie chciałem nadużywać gościnności i powagi tej uczelni. Mam nadzieję, że ten krótki fragmencik wprowadzi Was w panujący tam nastrój:
Choć wiem, że niestety żadne nawet najlepsze (choć moje jest naprawdę marne) wideo nie odzwierciedli tego, co się działo na prawdę, starałem się choć na chwilę uchwycić momencik z tego niezapomnianego dnia. 

Dziś spełniło się jedno z moich marzeń, czyli usłyszałem akordeon na mikro koncercie, choć jeszcze nie przygotuje obiecanych kiedyś czekoladowych trufli tiramisu mojej znajomej, bo nie zagrała mi mojego ulubionego utworu 😛

Pierniczki świąteczne – czas na wypiekanie

W minioną sobotę wreszcie nastąpiło najprzyjemniejsze (no może oprócz jedzenia) w przygotowywaniu pierniczków świątecznych, o których pisałem już wcześniej (TUTAJ i TUTAJ). 

Po miesięcznym oczekiwaniu wyjąłem mój kamionkowy garnek pełen ciasta piernikowego z piwnicy. Aby takie ciasto nadawało się do dalszej obróbki należy pamiętać, że:
1. musi postać w domu (cieple) przez około godzinę
2. należy je najpierw lekko zagnieść (nie zawsze)
3. nie trzeba się przejmować podeschniętą skórką z wierzchu
Ciasto musi postać w cieple, bo w przeciwnym razie będzie straszliwie twarde i oporne podczas wałkowania. Także lekkie zagniecenie ciasta ma na celu „przywrócić je do życia” czyli nadać mu plastyczność. Etap zagniatania można pominąć, jeśli stwierdzimy, że ciast jest wystarczająco plastyczne. Jeśli chodzi o zewnętrzną skórkę, to są dwa wyjścia: można ją odciąć i wyrzucić (nie polecam) albo postarać się wyrobić razem z ciastem (polecam), wówczas powróci ona znów do „stanu używalności”. 
Kiedy już rozwałkujemy ciasto pozostanie najprzyjemniejsze, czyi wycinanie pierniczków. Bardzo lubię ten moment, gdy z początkowo wyglądającego jak fragment drewnianych mebli z połyskiem, bezkształtnego ciasta wyłaniają się foremne kształty i figury.
Pierniczki polecam piec około 15 minut w 170 stopniach Celsjusza, wówczas wychodzą idealnie miękkie i nie trzeba ich odstawiać, aby same zmiękły.
Ja z powodu ogromnej ilości ciasta (po raz pierwszy robiłem pierniczki z 2 kg mąki!) spędziłem na ich pieczeniu prawie cztery godziny i do dzisiaj mam zakwasy, ale ostatecznie stwierdzam, że było warto. Smak rekompensuje czas spędzony na pieczeniu i bóle rąk i pleców.

Zamień chemię za jedzenie – wielka/mała rewolucja w kuchni?

Do napisania tego posta zbierałem się już od dawna, bo książkę Julity Bator przeczytałem już jakiś czas temu. Zapowiadała się wspaniale, myślałem, że będzie to ogromna rewolucja w moim podejściu do oferowanego przez sklepy jedzenia. Niestety sam sobie całą rewolucję trochę popsułem, bo już wcześniej interesowałem się kwestią zdrowego odżywiania. 


Tak jak już wcześniej wspominałem, książka, jest moim zdaniem dla osób nie mających wcześniej nic wspólnego ze zdrowym odżywianiem. Sam po nią sięgnąłem, bo tym co jem już od jakiegoś czasu się interesuję. Wiele znanych wcześniej informacji znalazłem w tej pozycji, choć były również takie, o których wcześniej nie słyszałem.

Jeśli chodzi o samą książkę, to jest ona podzielona na tematyczne rozdziały związane z różnymi typami jedzenia, jak na przykład: nabiał, węglowodany, czy pieczywo. Podział ten według mnie jest bardzo dobrym rozwiązaniem, które pomaga przeciętnemu człowiekowi rozeznać się z zawiłym świecie różnych E…

 
Ponadto w każdym dziale podany jest przepis, dzięki któremu będzie można samemu przygotować jakieś danie lub składnik, bez zbędnych dodatków chemicznych, które przecież należy unikać. Wszystkie przepisy są dodatkowo zebrane w całość na początku książki. Jest to dosyć przydatne kiedy chce się przygotować coś z tej zdrowej książki.

Podsumowując książka jest naprawdę przydatna dla osób, które chcą otworzyć sobie oczy na to jak nas trują producenci żywności i pomocna w walce z nadmiarem chemii w swojej diecie. Ja osobiście jestem zadowolony z zakupu tej książki. Choć nie wywołała fajerwerków w mojej diecie, to dzięki niej poszerzyłem swoją wiedzę na temat chemii pakowanej w produkty codziennie spożywane.  

Ogród po orkanie

Tak jak wszyscy pewnie dobrze pamiętają w ostatnim tygodniu nasz kraj nawiedził Orkan Ksawery. Powiał, poszalał i poszedł sobie. Niestety w moim ogrodzie też pozostawił ślad swojej bytności.

Jeśli chodzi o rośliny to jestem pełen podziwu, bo dzielnie oparły się działaniu dość silnego wiatru, gorzej było ze słomkami na ogrodzeniu od domu sąsiada, który jest już jakiś czas w budowie.

W sumie można było się zliczyć z tym, że prędzej, czy później taką formę odgrodzenia się będzie trzeba odnowić, ale i tak wygląda to dosyć marnie i smutno. Oczywiście nie mogę tego porównać do strat jakich doznali inni ludzie, ale jest to dla mnie mała – wielka strata własnej pracy włożonej w ten ogród. 
Teraz pozostaje mi tylko usunięcie połamanych słomek i skompostowanie ich, a na wiosnę będą czekać mnie znów zakupy nowych rolek tego schludnie wyglądającego sposobu na odgrodzenie się od innej poza płotowej rzeczywistości.
A u Was jakich zniszczeń dokonał Ksawery? 

ŚWIĘTA MARZEŃ z BloSilesia

Jeśli obserwujecie mojego bloga już jakiś czas, to wiecie że na początku października byłem na spotkaniu śląskich blogerów o czym już pisałem wcześniej (TUTAJ). BloSilesia jest to grupa tworzona przez blogerów ze śląska, która stara się angażować blogerów z mojego województwa w różnego rodzaju akcje charytatywne. Jedną z tych akcji były ŚWIĘTA MARZEŃ organizowane przy współpracy z Galerią Katowicką.

Blogerzy podczas tej akcji przychodzili w parach. Ja byłem razem z Anią Giera z moimzdaniem.be Nasza funkcja polegała na tym, aby namawiać klientów galerii do pisania listów do Świętego Mikołaja oraz czytaniu bajek zgromadzonym dzieciom. 
Ja również napisałem swój list 😛 Jest to dosyć ważne, ponieważ za każdy napisany list Galeria Katowicka przekaże 1 zł na świetlicę środowiskową im. Świętego Wojciecha w Katowicach, która to wspiera dzieci z trudnych domów. Cel zbierania pieniędzy jest o tyle ważny, że dzieci za zebrane pieniądze będą miały zorganizowany wyjazd na ferie, być może pierwszy w ich życiu.
Każdy napisany list trafił do specjalnej zielonej skrzynki. Muszę przyznać, że wiele osób w różnym wieku (nie tylko same dzieci) decydowało się na napisanie listu, nawet udało mi się namówić kilku obcokrajowców 🙂 Oprócz pisania listów i samego Świętego Mikołaja dodatkową atrakcją była możliwość narysowania obrazka przez dzieci, który później lądował na ścianie za skrzynką.
Bardzo zachęcam Was do przybycia do Galerii Katowickiej i napisania własnego listu bo cała akcja pisania trwa, aż do świąt. Pamiętajcie,każda zebrana złotówka się liczy 😉

Syrop korzenny

Skoro za oknem coraz zimniej i bielej, a w szczególności w ostatnie dni, kiedy to wiatr czuję nawet w szczelnie pozamykanym domu, stwierdziłem, że przydałby się syrop korzenny. Jest to idealny dodatek do kawy, czy kakao, który nie tylko smakuje piernikowo, ale również świetnie rozgrzewa. 

Skład syropu jest bardzo porosty:
1 szklanka cukru
1 i 1/2 szklanki wody
kilka łyżek przyprawy korzennej
Tak jak pisałem już wcześniej (TUTAJ) sam przygotowuję przyprawę korzenną. Cały mój zapas przyprawy zużyłem ostatnio do przygotowania pierników. Tym razem znów użyłem mojego niezawodnego młynka do orzechów i ukręciłem trochę przyprawy.
Dzisiaj mój aparat nie płatał mi figli i zrobiłem zdjęcie obrazujące mnogość składników potrzebnych do przygotowania takiej przyprawy.
Powracając do syropu. Jego przygotowanie, jeśli ma się wcześniej przygotowaną przyprawę jest dosyć szybkie. Najpierw zalewamy cukier wodą w rondelku o grubym dnie i ogrzewamy, ciągle mieszając, aż do zawrzenia. Następnie ściągamy rondelek z ognia, dodajemy korzenie i przelewamy do butelek. 
Wówczas nasz syrop jest gotowy, pozostaje nam tylko zaparzenie wonnej kawy i doprawienie jej takim cudeńkiem – żadne mrozy, czy wiatry nie będą nam straszne.