Omlet mocno jesienny

Dzisiaj nie będzie jeszcze świątecznie, choć na innych blogach już można spotkać przeróżne ozdoby choinkowe, ciasta, czy inne świąteczne precjoza. Mimo, że już pisałem o piernikach, nadal jeszcze nie rozpocząłem w pełni sezony świątecznego. Ten post będzie jeszcze nie świąteczny, bardziej jesienny, ciepły i pożywny. 

Przepis na ten omlet mam już dosyć długo i już przygotowywałem go w wielu konfiguracjach i wariacjach. Teraz podam przepis na wersję jesienną, dostarczającą sporo witamin i przyjemnie sycącą. Wersja ta jest idealna na porządne śniadanie, przygotowujące do zmagania się z coraz zimniejszymi dniami.
Będziemy potrzebować:
1 jajko (o jak najniższym numerze na pieczątce)
1 czubatą łyżkę mąki (typ 650 lub wyższy)
1 płaską łyżkę płatków owsianych góralskich
1 małą marchewkę
ok. 5 cm pora
pół małej cebuli
1 łyżeczkę musztardy
szczyptę tymianku
sól i pieprz (do smaku)
1 łyżka masła (do smażenia)
Przygotowując omlet najpierw ucieramy na średnim tarle marchewkę, do której dodajemy pokrojonego w paski pora i wbijamy jajko. Następnie dodajemy mąkę i płatki owsiane, musztardę, tymianek oraz sól i pieprz. Kiedy już wszystkie składniki znajdą się w misce, mieszamy je, tak aby powstała w miarę zbita masa. Jeśli będzie zbyt sucha i wszystkie składniki się nie skleją możemy dolać ciut mleka,ale w rozsądnej ilości, żeby zbyt nie rozwodnić masy na omlet.

Teraz pozostaje roztopić masło na patelni a następnie umieścić tam masę i rozprowadzić ją równo. Kiedy już omlet podsmaży się dobrze z jednej strony zdejmujemy go z patelni na talerz, a następnie szybkim ruchem odwracamy talerz nad patelnią i smażymy nadal na drugiej stronie aż się lekko przyrumieni.
Gdy będzie już dobrze przyrumieniony ściągamy go znów z patelni. Nasz omlet jesienny jest już gotowy.
Sądzę, że jest to dobre źródło witamin zgromadzonych w warzywach, które dodaliśmy do naszego omleta, które stanowią jego większą część. Przepis ten jest dosyć uniwersalny i możemy z nim eksperymentować i zmieniać dodatki, pozostawiając tylko podstawowy jego szkielet, czyli jajko i 2 łyżki mąki. 

Daj się ugryźć

Czy nie zastanawialiście się kiedyś ile może zająć ratowanie komuś życia i ile to nas właściwie może  kosztować? W ostatnią środę przekonałem się po raz kolejny, że niewiele.

Otóż minionej środy postanowiłem, że odpuszczę sobie część zajęć na uczelni i oddam krew. Niby nic wielkiego, ale po dłuższym myśleniu na ten temat stwierdzam, że jest to ważne aby móc podzielić się z kimś cząstką siebie samego. Sam fakt, że moja krew może posłużyć innym jest dosyć budująca. 
Właśnie to dzięki MNIE ktoś będzie miał szansę żyć dalej!
I każdy z WAS może również podzielić się cząstką siebie i dać komuś szansę na życie. Nic to przecież nie kosztuję, no może 45 minut spędzonych w stacji poboru krwi, czy specjalnie przystosowanym do tego autobusie i lekkie osłabienie prze jeden dzień, na który i tak dostaje się usprawiedliwienie.
Tak właśnie ja, wylądowałem we środę w specjalny ambulansie do poboru krwi w samym centrum Katowic na rynku. Może to co teraz napiszę wydać się niektórym niesmaczne, ale moim zdaniem najprzyjemniejszym momentem podczas donacji  jest ciepło od krwi płynącej w rurce, którą ma się przewieszoną przez rękę. Co do samego ukłucia, to siostry mają tak wprawne rączki, że nawet go nie poczułem, a igła była naprawdę gruba.
Po samym oddaniu krwi dostaje się paczkę z batonikiem i czekoladami. Przyznaję, że dzień kiedy oddałem krew był nielicznym kiedy pozwoliłem sobie zjeść na raz tabliczkę czekolady, no… może dwie i trochę. W końcu trzeba było uzupełnić magnez! Do tego dostałem całkiem sympatyczne długopisy, które kilku prowadzących zajęcia wprowadziły w lekką panikę, że przyniosłem na zajęcia zużyte strzykawki 🙂
Powtarzając swoje słowa z początku tego posta, gorąco zachęcam Was do oddawania krwi, bo to nic nie kosztuje, a może naprawdę bardzo pomóc innym, przecież każdy z nas może znaleźć się w podobnej sytuacji i wówczas dostaniemy też krew, którą ktoś inny nam podarował.

Przyprawa korzenna – mój przepis

Tak jak już wcześniej pisałem (TUTAJ i TUTAJ) ostatnio przygotowałem ciasto na pierniki. Głównym i podstawowym składnikiem takiego ciasta, jak wiadomo jest przyprawa korzenna. Żeby pierniki były naprawdę dobre moim zdaniem taką przyprawę należy przygotować samemu. Do tego jest wielką frajdą skręcanie tych wszystkich na pozór nie pasujących do siebie składników.


Do przygotowania przyprawy potrzeba (podaję gramaturę na 0.5 kg mąki):

4 – 5 ziarenek pieprzu
3 ziarenka ziela angielskiego
1/4 łyżeczki mielonego imbiru
1/4 łyżeczki kurkumy
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
szczypta ostrej papryki (może też być chili)
4 – 5 goździków
szczypta suszonej bazylii
szczypta suszonego tymianku
szczypta suszonego majeranku
1/2 łyżeczki papryki słodkiej
mały liść laurowy
2 – 3 ziarenka kawy
1/2 łyżeczki cynamonu
Jak widać przyprawa korzenna składa się z wielu składników. Z mojego skromnego doświadczenia mogę powiedzieć, że zauważyłem, że każdego roku przyprawa ma trochę inny smak. Wszystko zależy od jakości dodawanych składników (np. w tym roku dodałem cynamon z laski, a nie gotowy – mielony). Do tego można dodawać różnych składników, przykładowo można dodać więcej typowych  czyli anyżek, kardamon itp. 
Jeśli chodzi o przygotowanie to można zrobić to na dwa sposoby. Pierwszy z nich jest bardziej pracochłonny, ale za to bardziej aromatyczny. Jest nim ubicie i wymieszanie wszystkich składników w moździerzu. Drugi sposób, który odkryłem w tym roku, to młynek do orzechów, w którym można zemleć wszystkie składniki, rozpoczynając od najgrubszych do najbardziej rozdrobnionych. Zawsze można całą przyprawę przemielić kilka razy.
Choć przygotowanie jest dosyć czasochłonne i nie należy do delikatnych prac kuchennych, polecam gorąco przygotować Wam taką przyprawę samemu. Nie chcę wspominać o polityce firm, które nam ją oferują, bo nie chcemy przecież dodawać dodatkowej chemii do domowych wypieków. Dodatkowo przygotowując taką przyprawę można się „wwąchać” w zapach poszczególnych składników. Ja przykładowo odkryłem, że prawdziwą esencją tej przyprawy, która nadaje jej właściwy smak i zapach jest ziele angielskie. A zapach wszystkich składników wymieszany podczas mielenia lub ucierana w moździerzu przyjemnie wypełni każdy dom nadając mu lekki świąteczny charakter. 

Quando, quando – Katarzyna Bovery

Dzisiaj chcę Wam przedstawić nie tylko piosenkę, ale również sylwetkę pewnej piosenkarki z lat 60′ której głos od dawna mnie zachwyca i fascynuje.

Piosenkarka ta, o której już nie raz napominałem (np. TUTAJ) śpiewała w latach 60′ ale niestety jej kariera była krótka i już dzisiaj mało kto o niej pamięta, a co dopiero słucha – co jest wielką stratą. Chciałem napisać więcej informacji o tej nastrojowej piosenkarce, niestety internet jest ubogi w informacje o niej. Również archiwa, czy to radiowe, czy to telewizyjne, czy w końcu festiwalowe albo milczą, albo nie sięgają aż tak daleko pamięcią. Obiecuję, że nie ustanę w w poszukiwaniach i powiercę jeszcze paru instytucją dziurę w brzuchu i może dowiem się czegoś więcej o niej.
Katarzyna Bovery

Tymczasem powracając do samej piosenki, która jest tylko małą próbką z repertuaru Katarzyny Bovery – Quando, quando, właściwie Quando, quando,quando bo tak brzmi jej oryginalny tytuł. Powstała ona 1962 roku we Włoszech. Autorem słów jest Tony Renis, a muzyki Alberto Testa. Istnieje wiele wersji tej piosenki, choć moim zdaniem wersja Katarzyny Bovery jest najbardziej pasująca do tematy piosenki, czyli kochanki pytającej kiedy, kiedy, kiedy wreszcie będą ze sobą.

Zapraszam do wysłuchania:



Inne wersje znalezione na YouTube:

Tony Renis

Engelbert Humperdinck

Caterina Valente

Michael Buble

Mam nadzieję, że piosenka się spodobała i wprowadziła Was w delikatny, pląsający, jesienny nastrój. Obiecuję, że jeszcze nie raz pozwolę Wam posłuchać Katarzyny Bovery.


Drożdżowe zdesperowanej gospodyni

Przepis ten, choć jest przepisem na ciasto drożdżowe nie jest przepisem długim, mozolnym, czy zbytnio trudnym. Przyznaję, że było to pierwsze ciasto, jakie sam piekłem będąc jeszcze uczniem podstawówki. 

Przepis przez swoją prostotę i szybkość może się wydawać, że pochodzi z jakiejś nowoczesnej książki kucharskiej, w której (jak w dzisiejszym życiu) wszystkie przepisy są ulepszone i przyśpieszone. Nic bardziej mylnego. Mam go od mojej babci, która dostała go od koleżanki z sanatorium, jeszcze w czasach PRL. Czyli teoretyczni wówczas, kiedy życie nie było jeszcze tak szybkie, jak dzisiaj, choć to może jest tylko złudna mgiełka niepamięci młodego pokolenia.

Jak widać moja wersja jest dosyć zużyta, ponieważ już wile razy robiłem to ciasto, a przecież zapisałem go jak byłem jeszcze w podstawówce. 
Jeśli chodzi o składniki na dużą blachę pachnącego ciasta, to będziemy potrzebować:
10 dag (opakowanie) drożdży
6 jajek
1 i 1/2 szklanki cukru
1 kostkę i trochę (250 g) masła
1/2 l mleka
1 kg mąki

Przygotowanie ciasta, jak już wcześniej pisałem jest dziecinnie proste. Choć dla wielu osób, które już nie raz robiły ciasto drożdżowe może się wydawać zaskakujący. Otóż do sporego garnka lub miski wkruszamy drożdże, wbijamy jajka ( 5 z 6), wsypujemy cukier, dodajemy pokrojone w kostkę masło i zalewamy gorącym mlekiem. Całość odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na 45 minut, nie przykrywając.
Po tym czasie pozostaje dodać do ciasta mąkę i w zasadzie ciasto jest już gotowe do upieczenia. Ciasto powinno mieć gęstą, ale płynną konsystencję. Wlewamy je do blaszki, smarujemy rozbełtanym szóstym jajkiem oraz posypujemy kruszonką. Przed rozsmarowaniem jajka można dodać konfitury i pochować je w cieście. Ja jako dodatku ekstra użyłem jeżyn, których już pisałem (TUTAJ, ach kiedy to było!). 
Co do kruszonki do robię ją intuicyjnie, dodając w miarę równych proporcjach masło, cukier i mąkę. Ciasto tak ustrojone wkładamy do piekarnika nagrzanego do ok. 170 – 180 stopni i pieczemy 45 – 55 minut, aż zacznie odchodzić od brzegów formy.

Pierniki świąteczne, leżakujące – przepis

Obiecany (tutaj) przepis, podaję go na 1 kg mąki.

Do przygotowania pierników potrzeba:
1 kg mąki (najlepiej typ 650)
300 g miodu
350 g cukru
0.5 szklanki mleka
2 jajka
0.5 kostki masła
3-4 łyżki kakao
1 łyżka kawy
0.5 łyżeczki sody oczyszczonej
0.5 łyżeczki amoniaku
20 g (1 opakowanie) cynamonu
porcja przyprawy korzennej na 1 kg mąki

Najpierw w garnku podgrzewamy miód, cukier, mleko i masło. Gdy już wszystkie składniki się rozpuszczą zdejmujemy je z ognia i dodajemy do powstałej złotawej masy przyprawę korzenną, kakao i kawę. Wszystko dokładnie mieszamy i pozostawiamy do ostygnięcia. 
W osobnym garnku umieszczamy mąkę, do której dodajemy sodę i amoniak po czym mieszamy, aby składniki były równomiernie połączone. Następnie wbijamy jajka i dolewamy masę korzenną. 

Teraz mieszamy wszystkie składniki i energetycznie zagniatamy ciasto, które następnie umieszczamy w oprószonym mąką kamionkowym garnku i przykrywamy ściereczką i umieszczamy na około miesiąc w ciemnym i chłodnym miejscu.
Po tym czasie wyjmujemy ciasto z garnka i zagniatamy ponownie, ponieważ będzie znacznie twardsze, ale po dokładnym zagnieceniu stanie się znów plastyczne. Następnie rozwałkowujemy je na grubość ok. 0.5 cm i wycinamy pierniczki foremkami, które następnie pieczemy w temperaturze 170-180 stopni przez około 10-15 minut w zależności od grubości pierniczków.



Piernikowe szaleństwo zacząć czas

W zeszły weekend zachowałem się niczym szanujący się hipermarket, bo pomimo dopiero połowy listopada przygotowałem ciasto na pierniki. Do tego w ilości niemalże hurtowej, bo z 2 kilogramów mąki. Oczywiście nie pochwalam praktyk hipermarketów i jeszcze nie dostałem świątecznej gorączki.


Jak co roku do pierników przygotowałem sam przyprawę korzenną, niestety podczas jej robienia towarzyszyło mi pewnego rodzaju fatum. Przygotowywałem ją dwa razy, ponieważ potrzebowałem większą ilość. Podczas każdego razu kręcenia korzeni archiwizowałem moje kuchenne wyczyny. Niestety za pierwszym razem zdjęcia wyszły niewyraźne, a za drugim robiłem dzielnie zdjęcia, tylko że zapomniałem o włożeniu karty pamięci i ze zdjęć wyszły nici.

Powracając do pierników, przygotowałem je już w listopadzie, tylko z praktyki, a nie wmawianej nam wszędzie świątecznej gorączki, po prostu moim zdaniem dobrze jest jak poleżakują trochę w piwnicy pod schodami w kamionkowym garnku, jak to dawniej robiono. Wówczas smaki lepiej przechodzą przez całe ciasto.

Już niedługo możecie spodziewać się przepisu na moje pierniki, który zamieszczę niebawem.

Dziwny jest ten świat.

Po dwutygodniowej przerwie związanej z zawirowaniami internetowymi powracam z dzieleniem się piosenkami z gramofonu. 

Powracam z piosenką, o której nie muszę nic pisać, ba nawet mogło by być to źle odebrane, gdybym komentował taki utwór. Czesław Niemen był i nadal jest dla wielu niedoścignionym wzorem i najwybitniejszym artystą Polskiej estrady.
Nic już więcej nie piszę, bo mowa jest srebrem, a milczenie złotem, pragnę jednak dodać, że wersja, jaką mam na mojej płycie nie jest klasyczną, taką znaną każdemu, jest ona bardziej elektroniczna. Co było dla mnie lekkim zaskoczeniem.
Zapraszam do wysłuchania:
Inne wersje znalezione na YouTube(warte wysłuchania):
wersja „klasyczna”
Natalia Niemen
Janusz Radek

Tutaj – słowo, które zamyka w sobie wszystko

Nie wiem, czy zauważyliście, ale często wskazując różne odnośniki do poprzednich postów używam słowa – TUTAJ –  mimo, że większość osób używa zwyczajnego TU. Moje TUTAJ jest może nawet trochę nadużywane przeze mnie, ale wiąże się to z sentymentem do niego.
Sentyment do słowa pochodzi od sentymentem do Polskiej Noblistki i Poetki (mojej ulubionej) -Wisławy Szymborskiej.

Tak przeze mnie nadużywane w tym poście „tutaj” jest tytułem ostatniej, wydanej za życia poetki książki poetyckiej. Dodatkowo jest tytułem pierwszego wiersza z rzeczonego tomiku.
Mój sentyment do tego słowa nie pochodzi jedynie z platonicznej fascynacji Szymborską. Otóż miałem ogromne szczęście widzieć i słyszeć Noblistkę osobiście, która czytała swoje wiersze w Operze Krakowskiej.


Choć było to prawie pięć lat temu, cały czas mam wrażenie, że to było wczoraj. Zaliczam to wydarzenie do jednych z ważniejszych w moim życiu. W końcu nie każdemu było dane widzieć i słyszeć Panią Wisławę Szymborską w czasie teraźniejszym. 
Niezapomniane jest mieć możliwość posłuchać swojego ulubionego poetę czytającego własne wiersze.

Tak, jak już wcześniej pisałem słowo „Tutaj” zamyka w sobie wszystko. Wystarczy przeczytać pierwsze słowa wiersza o tym tytule by to zrozumieć. Gorąco go Wam polecam, poezja w długie, jesienne wieczory „smakuje” najlepiej – przynajmniej dla mnie.
Inny wiersz z tego tomiku, który wywarł w pewnym okresie mojego życia duży wpływ na mnie to „Metafizyka” 
Jak zawsze u Szymborskiej proste słowa, które wyrażają wiele.

I na koniec kieruję do Was mój mały, blogowy apel: 
Czytajcie poezję, choćby jeden krótki wierszy, choćby bardzo rzadko, ale czytajcie, bo to jest Nasza Polska kultura, która niestety powoli umiera, a czym jest naród bez kultury?

Białe kaszotto z zielonym motywem

Dzisiejszy dzień był paskudny, mroczny, jesienny przesiąknięty wilgocią i dymami z kopcących kominów. Do tego wszystkiego ciężkie kolokwium i brak samochodu co równa się z noszonymi zakupami w rękach.
W taki dzień nic nie jest mi w stanie bardziej poprawić nastroju, jak kilka minut spędzonych w kuchni i późniejsze spożywanie cieplutkiej strawy.


Postanowiłem dzisiaj przygotować bardzo kaloryczne (przy jesieni można sobie na takie dania pozwolić) i pożywne danie, czyli białe kaszotto z zielonym motywem. 
Kaszotto, bo ma ono podobną konsystencję do risotto, tylko że jest przygotowane z naszej, rodzimej, Polskiej kaszy pęczak. Całkiem niedawno odkryłem ją na nowo i się zakochałem w jej smaku. Jak dla mnie króluje ona pośród wszystkich kasz.
Przepis na to danie jest w pełni mojego autorstwa, nie jest wzięty z żadnej książki kucharskiej, czy innego źródła. No, może troszkę inspirowałem się pewnym daniem Jamie’ego Olivier’a  ale on przygotowywał je z dziczyzny i w trochę inny sposób. Mogę potraktować jego danie tylko jako wskazówkę do wymyślenia i przyrządzenia mojego dania.
Do przygotowania tego dania potrzebowałem:
400 g fileta z indyka
1 szklankę kaszy pęczak
średnią cebulę
3 małe ząbki czosnku
opakowanie śmietany 12%
białe wino (do smaku) 
ok. 250 g mrożonego groszku
masło
pieprz
sól
Pierwszą czynnością jaką należy zrobić przy takim daniu to wstawienie kaszy, która musi się dłużej gotować. Ja na 1 szklankę kaszy daję 2 szklanki wody, łyżkę masła i sól do smaku. Gotuję pod przykryciem przez niecałą godzinę, czasami mieszając.
Następnie przygotowałem indyka, którego pokroiłem w grubą kostkę oraz cebulę (drobna kostka) i czosnek (plasterki). Najpierw podsmażyłem indyka na dwóch łyżkach masła, do którego dodałem cebulę i czosnek. No i oczywiście kolejną łyżkę masła, tak żeby danie było bardziej treściwe.
Kiedy mięso z cebulą i czosnkiem już się podsmażyło dodałem odrobinę białego wina, można dodać go więcej (z pół szklanki) wówczas smak będzie bardziej wyrazisty i nie będzie potrzeby zbytnio dosalać. Następnie dodałem śmietanę. Dodając ją należy zawsze pamiętać aby była ona w temperaturze pokojowej, dobrze jest też zmieszanie jej w osobnym naczyniu z odrobiną sosu, dzięki temu unikniemy jej zważenia.
Gdy już cała biała część mojego dnia była dobrze rozgrzana, dodałem mrożony groszek i ugotowaną kaszę. Teraz pozostało tylko poczekać, aż kaszotto się zredukuje i mogłem jej doprawić i ostatecznie podać.
Jak widać danie to nie należy do tych super light, ale moim zdaniem raz na jakiś czas w jesieni można sobie pozwolić na taki luksus, który wbrew pozorom nie jest trudny w przygotowaniu.