Ciasteczka dyniowe. Moja NIE-helołinowa wersja.

Mogło by się wszystkim wydawać, że jak będę piec ciasteczka dyniowe to tylko na helołin, a już 31 października to pewnik. Niestety każdy, kto tak pomyślał był w ogromnym błędzie. Już tak ze mnie mały (zaledwie 169 cm wzrostu) konserwatysta i nie interesują mnie te wszystkie potworki i dziwadełka sprowadzane z zachodniej granicy. Dlatego podkreślam jeszcze raz są to ciasteczka jesienne, sezonowe, dyniowe, ale NIE helołinowe.
ciasteczka dyniowe

Skoro już wszystko wyjaśniłem, mogę przejść do sedna sprawy. Na moje ciasteczka zakupiłem pół średniej dyni, zużyłem jej tylko połowę, czyli po matematycznych rozważaniach potrzebne mi było tylko ćwierć dyni. Na szczęście w moim domu nic się nie marnuje, pozostała część została zblendowana i zamrożona na później. Część przeznaczoną do ciastek starłem na grubym tarle.
ciasteczka dyniowe
Przyznaję, że jest to chyba mój pierwszy raz kiedy użyłem tego warzywa w kuchni. Moja obawa co do smaku była spaczona smakiem dyni marynowanej, który kiedyś mi nie przypadł do gustu i źle mi się kojarzył. Źle, aż do dzisiaj. 
Do dyni dodałem:
 łyżeczkę gałki muszkatołowej, 
dwie łyżeczki cynamonu, 
trzy szklanki mąki, 
kostkę margaryny,
jedno jajko
łyżeczkę proszku do pieczenia
i… szklankę cukru, o której to właściwie zapomniałem i jej nie dodałem, ale i tak wyszło pysznie.
ciasteczka dyniowe
Wszystkie składniki najpierw dodałem do startej dyni a następnie zacząłem wyrabiać. Najpierw w misce, później na blacie, co było znacznie wygodniejsze i efektywniejsze. W efekcie wyszła spora kula wilgotnego i trochę dziwacznie wyglądającego ciasta. 
pieczenie ciasteczek
Zastanawiałem się nad formą ciasteczek, czy zrobić tradycyjne kółeczka wycinane szklanką, czy klasyczne z maszynki do mięsa, czy może pofolgować sobie z foremkami. I tu właśnie przyszła mi z pomocą wszechobecna telewizja, która czasami się jednak przydaje. Postanowiłem zrobić tzw. kocie oczka, czyli ciastka składające się tak naprawdę z dwóch, z tym że jedno ma w środku wycięte „oczko” na konfiturę. 
Jako foremki posłużyły mi: mój osiemnastkowy kubek (ile to już lat minęło!) i kieliszek po pradziadkach.
pieczenie ciasteczek
Jeśli chodzi o konfiturę to sprawa była prosta, bo miałem akurat otwartą konfiturę malinowo – jeżynową, która z resztą mi nie wyszła, bo była bardziej syropem z owocami, jak konfiturą.
dżem
Aby lekko wygłuszyć smak cukru, nieświadomy że nie było go w ciastkach, dodałem do konfitury trochę soku z cytryny. 
pieczenie ciasteczek
W efekcie wyszły całkiem sympatyczne ciasteczka, z których mimo moich obaw nic nie wyciekało 🙂 Po 20 minutowym pieczeniu w 200 stopniach były już gotowe. Teraz chwila na ostygnięcie, a później jedzenie jeszcze ciepłych – takie moim zdaniem są najlepsze. 
pieczenie ciasteczek
I dochodzimy znów do braku cukru, który okazał się zbyteczny, bo słodycz konfitury wystarcza. Jeśli ktoś by chciał wersję słodszą zawsze można je posypać cukrem pudrem. Moje ciasteczka właśnie jutro zostaną tak udekorowane na spotkanie rodzinne u babci, po wizycie na cmentarzu.

Zioła, szklarnia, wredne muszki – czyli rosiczki atakują

Jest jesień, na dworze coraz chłodniej, sezon w ogrodzie już praktycznie zamknięty. Zawsze o tej porze, kiedy rośliny powracają do domu pojawia się problem natrętnych muszek. A w mojej okiennej szklarni jest ich wyjątkowy wysyp.

Już wcześniej pisałem o sposobie radzenia sobie z owocówkami (TUTAJ), ale na szczęście owocówki już sobie odleciały w siną dal i pewnie wrócą za rok. Teraz zmagałem się z wrednymi, małymi, czarnymi muszkami, które zamieszkują w doniczkach moich wszystkich roślin. Teraz, kiedy sprawiłem sobie szklarnie (a tak właściwie dostałem ją na urodziny) problem się nasilił. 
Przyznaję, że jest to dość denerwujące, kiedy siedząc w pokoju muszę się oganiać od małych intruzów. I tak przez całą jesień i zimę, aż do wiosny, kiedy to muszki odfruną. 
Postanowiłem działać tym razem mniej chemicznie, bardziej biologicznie. Pierwsze przyszły mi na myśl rosiczki, które dzięki kropelką wydzieliny na swoich wyglądających zagadkowo i bajkowo liściach wyłapią wszystkich nieproszonych gości. Dlaczego rosiczki? Cóż, kiedyś miałem małą kolekcję roślin mięsożernych, ale niestety skończyły swój żywot z powodu złych warunków hodowli (przeliczyłem się w wystawiłem je na dwór i zmarniały). 
Dzięki uprzejmości mojego znajomego przybyły mi dwie rosiczki. Zawsze jest miło mieć rośliny w swojej kolekcji, o których niektórzy uważają za coś egzotycznego, czy niemożliwego w domowej hodowli.
Są to dwie rosiczki Drosera Caspensis, z tym że jedna to odmiana Albino, o białym zabarwieniu płynu na liściach.  
Drosera Caspensis

Drosera Caspensis Albino

Już po kilku minutach, od momentu, kiedy rosiczki znalazły się w szklarni mogłem stwierdzić, że mój plan się sprawdza, bo na liściach były uwięzione pierwsze ofiary. Te odmiany są dosyć proste w hodowli, ale nie jestem ekspertem. Jeśli byście chcieli dowiedzieć się czegoś więcej, wyposażyć się w taką broń przeciwko tym natrętnym owadom, polecam skierować się na stronę mojego znajomego. Z pewnością udzieli Wam wszelkich porad dotyczących hodowli tych arcyciekawych roślin.

Znajdziecie tam rośliny dla początkujących, jak i dla bardziej zainteresowanych, nie tylko rosiczki, ale również dzbaneczniki, muchołówki, kapturnice i wiele innych ciekawie wyglądających roślin.
Jeszcze jedno spojrzenie na moje maleństwa, które tak dzielnie walczą z niechcianymi lokatorami, mając przy tym całkiem niezłą wyżerkę =)

Kolejne płyty w kolekcji

Dzisiaj po raz kolejny odwiedziłem mój ulubiony sklep w Katowicach, czyli RECORD STORE na ulicy 3-go Maja 19/30a. Chyba tylko dzięki temu sklepowi zacząłem lubić Katowice, do których sę przekonuje z każdym dniem.

Już wcześniej wspominałem o tym sklepie co możecie przeczytać TUTAJ Za każdym razem kiedy odwiedzam to miejsce towarzyszy mi uczucie zafascynowania i oczekiwania odkrycia kolejnej perełki. Czuję się jak prawdziwy odkrywca przeglądając setki płyt. Dosłownie setki, bo sklep jest ich pełen, wybór jest przeogromny. Najbardziej cieczy mnie dostępność płyt szelakowych, które odtwarzam na gramofonie na korbę, czyli mówiąc nowocześnie unplugged.
Dzisiaj kupiłem tylko, albo aż cztery płyty: Leszka Długosza, Andrzeja Boguckiego, jak zawsze nastrojową Katarzyny Bovery oraz piosenki z Festiwalu w Sopocie z 1963 roku. 
Bardzo ucieszyła mnie płyta Andrzeja Boguckiego, ponieważ zakochałem się w jego piosence „A mnie jest szkoda lata” o której już wcześniej pisałem (TUTAJ).

Czeka mnie dzisiaj miły i spokojny, pachnący kakao wieczór z zakupionymi dzisiaj płytami. Z pewnością podzielę się nie jedną piosenką z Wami.

Już nie zapomnisz mnie

W tym tygodniu podzielę się piosenką, którą można określić mianem kultowej i nieodłącznie związanej z kulturą Polski. Pochodzi ona z 1938 roku, ale moje wersja jest nieco nowsza, oczywiście jeśli porówna się ją z piosenkami obecnie śpiewanymi, jest już antykiem.

Została ona napisana przez Ludwika Starskiego, melodię do niej napisał Henryk Wars, wielki kompozytor polskiej piosenki lat 30′ 
„Już nie zapomnisz mnie” pochodzi z filmu pt. „Zapomniana melodia” gdzie jest wykonywana przez Aleksandra Żabczyńskiego.
Moje wersja tej piosenki jest śpiewana przez Jerzego Połomskiego. 
Zapraszam do wysłuchania:

Inne wersje znalezione na YouTube:
Aleksander Żabczyński
Anna Dereszowska
Jan Kobuszewski i Jolanta Zykun

 
Robert Janowski
Małgorzata Kożuchowska
…i na koniec moja ulubiona wersja, chyba dlatego, że jestem chemikiem. Czasami przed egzaminami właśnie tak się czuję.

Chwila przerwy w nauce

W ostatnim tygodniu trochę zaniedbałem bloga i czuję się z tym źle, ale miałem multum pracy na studiach. Laboratoria do wieczora, codzienne kolokwia, zadania na seminaria… 
Dużo by jeszcze wymieniać. Taki już los studenta i nie będę się nad sobą żalił, bo to nic nie da. Na szczęście natura jest dla mnie nadal przychylna i nie oszczędza na słonecznym ogrzewaniu, dzięki czemu mam siły jakoś to wszystko ogarnąć i sensownie połączyć. Do tego wszystkiego ogród nadal jakoś sobie radzi z coraz krótszymi dniami i chłodniejszymi nocami.


Dzięki temu, że jeszcze nie było sroższych przymrozków chryzantemy pokazują się w pełnej krasie. W końcu teraz jest na nie czas.

Niestety na pięciorniku pozostał tylko jeden, ostatni kwiat. Musiałem go uwiecznić, aby w zimowe dni, które już się czają za rogiem delektować się tym słonecznym, żółtym kolorem minionego lata.

Tawuła już straciła wszystkie liście za sprawą mocnych wiatrów. Nie mogę się już doczekać, jak wybuchnie bielą na wiosnę.

Berberys w słońcu wygląda wyjątkowo estetycznie i prawdziwie jesiennie.

Podobnie aksamitki.

Melisa też jest nadal w niezłej formie.

Jeżyny, o których już wcześniej wspominałem (TUTAJ i TUTAJ) już nie wyglądają tak apetycznie.

Magnolia też już pogubiła wszystkie liście.

Dla innych kwiatów aura nie jest już tak sprzyjająca i nie prezentują się już tak, jak wcześniej.

Choć dla nasturcji nie jest jeszcze, aż tak źle.

Czarnuszki też nie narzekają.

Miło tak popatrzeć jak to wszystko co się posadziło nadal ma się mniej lub bardziej dobrze. Niestety trzeba wracać do nauki, bo już kolejny tydzień się zbliża. Kiedy tak się siedzi i siedzi, zawsze ma się na coś ochotę. Dzisiaj naszło mnie na granat – wyjątkowa przekąska, którą mógłbym jeść non stop i do tego pięknie wygląda.

Pamietasz była jesień

Dzisiejsza piosenka pochodzi też z płyty szelakowej. Jakoś mam do nich słabość w chłodne jesienne dni. Lubię te starodawne i jednocześnie zaklęte trzaski.

Może dzisiejsza piosenka nie należy do tych najbardziej wiekowych, jakie posiadam w swojej płytotece, ale też nie jest młodziutka, bo ma około 54 lata.

Piosenka była motywem przewodnim filmu „Pożegnania” z 1958 roku. Wykonywała ją Sława Przybylska.
Zapraszam do wysłuchania:

Inne wersje znalezione na YouTube:

Anna Maria Jopek

Basia Raduszkiewicz

Jarek Śmietana

Akordeon

Mam nadzieję, że i tym razem piosenka się spodobam. Dla mnie ma  ona wyjątkowy nastrój i charakter, a jeszcze odtwarzana z gramofonu brzmi magicznie.

Śniadanie z parapetu – sałatka trochę orientalna

Dzisiejszy poranek był naprawdę uroczy, słoneczny, pozytywny, bez tygodniowego pośpiechu i przede wszystkim budzika. Na śniadanie chciałem zjeść coś na co w tygodniu z pewnością bym nie znalazł czasu. Zajrzałem do lodówki, a tam w przeważającej większości światło. Zastanowiłem się co by tu zrobić i przyszedł mi do głowy pomysł. Postanowiłem wykorzystać do śniadania sałaty, a racze sałatki z własnej hodowli parapetowej. 
Nie było ich zbyt wiele, bo chyba wolą one rosnąć na dworze, dlatego stwierdziłem, że zjem je wszystkie. Ich nasiona pochodzą z mieszanki Vilmorin’u Japońska mieszanka ziół, przyznaję że kiedy dowiedziałem się mejlowo od Vilmorinu, że żadnych ziół tam nie ma tylko sałaty, byłem trochę zniesmaczony, ale za to smak wszystko mi wynagrodził. 
W skład mieszanki wchodzą: Amarant calaloo, Kapusta Mizuna, Kapusta Tatsoi, Kapusta polna i Kapusta sitowata.

Do mojej sałatki dodałem jeszcze:

paprykę czerwoną

dwa plasterki salami

kromkę chleba
Wszystko doprawiłem łyżką oliwy z oliwek, bazylią oraz solą i pieprzem. Aby sałatka była jeszcze bardziej pożywna dodałem do niej łyżkę płatków owsianych. 

Marsjańskie szyszki – przepis

Jak już wcześniej pisałem (TUTAJ) wczoraj na poprawę nastroju zrobiłem sobie marsjańskie szyszki, czyli słodkie ciastka, do przygotowania których nie potrzeba ani zbyt dużo czasu, ani szczególnych umiejętności kulinarnych i co najważniejsze nie potrzeba piekarnika.

Zanim podam przepis muszę się wytłumaczyć z nazwy. Ktoś może zapytać dlaczego marsjańskie, otóż bazą z której są zrobione szyszki jest baton Mars 😉
Przepis może nie należy do tych z gatunku super zdrowych, ale dla tego smaku jest warto czasami zboczyć ze ścieżki zdrowego odżywiania .Do przygotowania około dziewięciu szyszek potrzebne będą 3 batony, 2 łyżki masła i 2-3 garści płatków kukurydzianych.
Pierwszym krokiem jest oczywiście pokrojenie batonów i roztopienie masła. Następnie do płynnego już masła dodajemy batony.
Dalej tylko cały czas podgrzewamy, nieustannie mieszając, aż do momentu kiedy wszystkie składniki się połączą.
Kiedy już będziemy mieli w garnku brązową, smakowicie pachnącą masę karmelowo – czekoladową, ściśgamy ją z ognia i dosypujemy płatki kukurydziane, mieszamy  i rozkładamy do papilotek lub na pergamin.
Przygotowanie szyszek nie zajęło mi więcej jak 15 minut, bardzo polecam ten przepis, szczególnie na takie zimne i wilgotne dni jaki był wczoraj.

Bardzo jesisenny dzień

Dzisiaj jest, albo raczej był, no bo już przecież wieczór, wybitnie ponury i jesienny dzień. Od samego rana chłód, deszcz, zero słońca ogólnie depresyjna aura. Aż z łóżka się nie chciało wstawać, a tu na uczenie trzeba iść. W pierwszej chwili nawet pojawiał się myśl aby zrobić sobie wolne, ale szybko ją zdusiłem, bo w sumie dopiero początek roku i już wagary! Nie, będę silny i wstanę. Na szczęście, prawie codziennie zaczynam o 10 więc miałem sporo czasu na powolny rozruch organizmu w taki dzień, jak dziś.

Później dzień potoczył się całkiem szybko, ale niestety zbyt chłodno i mokro. Do tego z okazji remontu torowiska tramwajowego i mojego przeoczenia rozkładu jazdy, kiedy wracałem z uczelni musiałem wracać przez miasto, bo wsiadłem w zły tramwaj. Tak przemoczony i zziębnięty dotarłem do domu. Pomyślałem  jak by tu sobie poprawić nastrój, choć na chwilę. Opracowałem krótki plan:
  1. rozpalić w kominku
  2. zjeść coś słodkiego
  3. wypić gorącą kawuśkę 
Szybko wprowadziłem go w życie. Pierwszy był kominek.
Później zrobiłem słodkie szyszki marsjańskie, na które przepis wkrótce opublikuję. Następnie para buch, ekspres w ruch i już miałem gorącą kawkę w moim ulubionym pękatym kubku z Bolesławca, bo Polskie jest najlepsze!
I już zapomniałem całkiem o złej pogodzie z kawą, słodkościami , przy gorącym kominku i pod kocem przeniosłem się w lepszy świat. 
Całości dzieła dopełniła jedna z moich ulubionych francuskich piosenkarek ZAZ 😉
A Wy jakie macie sposoby na poprawę nastroju po takim wilgotnym i zimnym dniu, jak dziś?

Sałatka z nasturcji – wczorajsze odkrycie

Wczoraj przeczytałem bardzo ciekawego posta na blogu Proste Potrawy na temat nasturcji i ich wykorzystania w kuchni. Wcześniej wiedziałem, że można jeść ich kwiaty, ale nigdy by mi do głowy nie przyszło aby jeść też liście.


Jako że dowiedziałem się o pozytywnym wpływie na odporność liści nasturcji z pozostałych nielicznych roślin w ogrodzie oberwałem wszystkie liście i kwiaty, które jeszcze oparły się jesiennej aurze i zrobiłem z nich sałatkę.
Smak kwiatów jest lekko pikantny, podobny do smaku rzeżuchy z leka słodką nutą, czyli bardzo przyjemny. Do przygotowania sałatki wykorzystałem dwie garści liści nasturcji i kilka kwiatów. Oprócz tej sympatycznej rośliny dodałem pół pokrojonej w cienkie paski, czerwonej papryki, mały kawałek żółtego sera, który pokroiłem w kostkę oraz dip przygotowany z łyżki oliwy z oliwek, łyżki soku z cytryny, łyżeczki miodu, ząbka czosnku oraz soli i pieprzu.

Muszę przyznać, że smak efekt mojej twórczej pracy w kuchni wyszedł zadowalająco. Taka sałatka według mnie może byś idealnym rozwiązaniem na drugie śniadanie lub „odskocznią smakową” od typowych smaków. W dodatku taki posiłek jest bardzo zdrowy. Niestety nasturcje są produktem tylko sezonowym i na następny raz będę musiał poczekać do wiosny.