Sałatka z zielonych pomidorów – czyli czas na wykorzystanie resztek z ogrodu

Dni są co raz zimniejsze i bardziej zaczyna być odczuwalne mroźnie powietrze. Na krzakach pomidorów zostało mi mnóstwo zielonych owoców. Pomyślałem, że w takiej aurze na pewno już nie dojrzeją, co by tu z nimi zrobić. 


Wpadł mi do głowy pomysł na sałatkę z zielonych pomidorów, smak jaki pamiętam z czasów kiedy byłem jeszcze całkiem mały, a który jakoś się zatracił w codziennym, coraz doroślejszym życiu. 
Zacząłem więc zbierać, i zbierałem, i zbierałem. Wyszło pomidorów 2,5 kg. Całkiem sporo, ale co to dla mnie?! Poradzę sobie i wszystko przerobię 😀
Przepis, który znalazłem był na 1 kg pomidorów, więc miałem prosty rachunek. Podam tutaj przepis na 1 kilogram, bo z takiego jest lepiej sobie wyliczyć ile czego pododawać. 
Na 1 kg pomidorów potrzeba:
  • 300 g cebuli
  • 30 g soli
Na zalewę:
  • 400 ml wody
  • 100 ml octu
  • 100 g cukru
  • liść laurowy
  • 1 łyżeczka ziela angielskiego
  • 1 łyżeczka czarnego pieprzu
  • biała gorczyca
Pierwszym krokiem w przygotowaniu sałatki jest dokładne wymycie pomidorów, a następnie pokrojenie ich w plastry średniej grubości. Tak przygotowane pomidory należy posolić i pozostawić na kilka godzin, aby puściły soki. Najlepiej jest pozostawić je na noc. Ja stworzyłem coś w rodzaju warstw: pomidory, sól, pomidory, sól….
Kolejny etap przygotowania to cebula – jedna z mniej przyjemnych rzeczy w kuchni. Nawet kiedy teraz piszę i mam przed oczami zdjęcie cebul, jakoś tak odruchowo zaczynają mi łzawić. Oczywiście nie trzymałem się ściśle przepisu i nie odważałem cebul. Dodałem 7 średniej wielkości. Cebulę należy obrać i pokroić w zależności od upodobań. Ja pokroiłem na połowy, a następnie na prążki. Tak przygotowaną cebulę, trzeba przenieść na durszlak i przelać wrzącą wodą.
Kiedy pomidory już puszczą soki, należy je odsączyć na durszlaku, a następnie wymieszać z cebulą. Mnie wyszedł ogromny gar 😀
Teraz pora na przygotowanie zalewy. W garnku trzeba umieścić wodę, ocet, cukier i przyprawy. Wymieszać wszystko i podgrzewać do zagotowania. 
W tym momencie pozostaje tylko umieszczenie sałatki w słoikach i zalanie jej zalewą. Ja dodałem do niej tyle liści laurowych ile miałem słoików, aby w każdym smak był podobny. 
Kiedy sałatka jest już „zapakowana” w słoiki i dobrze zakręcona należy tylko ją zagotować. Zgodnie z przepisem, który znalazłem należy gotować słoiki 20 min od momentu. kiedy woda w garnku zacznie wrzeć. 
Teraz pozostaje tylko wyjęcie słoików z wody i pozostawienie „do góry nogami” aż do wystygnięcia i siup do piwnicy.
A Wy jakie przetwory przygotowujecie na zimę? 🙂

RONDA DEL FUEGO – piosenka na ten tydzień

Tym razem chciałbym się podzielić piosenką, która została wykonana przez Polską piosenkarkę, choć słowo piosenkarka jest chyba tutaj niestosowne, osoba ta niestety już nie śpiewa, jest to Ewa Demarczyk.

Teks piosenki jest właściwie wierszem, tak często wybieranym przez Panią Ewę do jej repertuaru, chilijskiej poetki, laureatki Nagrody Nobla Gabrieli Mistral.
Piosenka ta, moim zdaniem jest jedną z mniej „czarnych” śpiewanych przez Ewę Demarczyk. Pochodzi ona z płyty, o której już wcześniej wspominałem (TUTAJ). 
Kiedy pierwszy raz wysłuchałem jednej z piosenek Pani Ewy, były to chyba „Groszki i róże” od razu zakochałem się w jej głosie, a w szczególności w jej pełnych emocji wykonaniach.
Zapraszam do wysłuchania:
Inna wersja znalezione na YouTube:
Bitacoras de un Destierro
Jak Wam się podoba ten utwór? 

Szczypta Sycylii w Małopolsce

Niestety ostatnio nie mogłem pisać, bo miałem problemy z komputerem i internetem, ale teraz obiecuję poprawę 😉


Klika ostatnich dni spędziłem w Krakowie – moim ukochanym mieście. Zawsze lubię tu przyjeżdżać, czasami nawet na kilka godzin. Niestety ze względu na rodzaj mojej wizyty oraz na zewnętrzną aurę nie mogłem – jak to zwykle robię – powłóczyć się po uliczkach Królewskiego Miasta.

Jednaka mój wypad nie mógł się odbyć bez wizyty na moich ulubionych lodach – jednych z najlepszych w Krakowie – na ul. Sławkowskiej. Lody te są robione według sycylijskiej receptury – muszę przyznać, że ich smak przenosi mnie na Sycylijską ziemię, gdzie kiedyś miałem szczęście być.

Cena lodów jest, jak na nasze Polskie warunki dość przystępna, bo szpatułka, tak szpatułka, taka tradycyjna jak we Włoszech nakładają lody, kosztuje zaledwie 2,50 – 3,00 zł w zależności od smaku.

Ja wybrałem lody o smaku śmietankowo-poziomkowym (2,50 zł), a moja kuzynka czekoladowe (3,00 zł). Smak wyjątkowy, nawet w zimny dzień było warto pozwolić sobie na taki luksus, siedząc w przyjemnie ciepłej lodziarni.

Bardzo polecam to miejsce. A Wy macie może jakieś Wasze ulubione miejsce w Krakowie?

Pociąg życia – tragikomedia w strasznych czasach

Kiedy szukałem innych wersji piosenki „Bei mir bist du schoen” które możecie znaleźć TUTAJ, trochę z ciekawości, a trochę z wrodzonego sentymentu do muzyki klezmerskiej przeszukiwałem YouTube w poszukiwaniu czegoś fajnego do słuchania w zimny, jesienny wieczór i natrafiłem na coś takiego:
Bardzo mi wpadła w ucho ta muzyka, ale stwierdziłem, że jest to pewnie scena z jakiegoś filmu o tematyce wojennej i holocauście. Szczególnie motyw pociągu w ostatniej sekundzie. Zacząłem przeszukiwać komentarze pod nim, aby się czegoś więcej dowiedzieć.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że jest to komedia osadzona w tych ponurych czasach. Tytuł filmu to „Pociąg Życia” Od razu zapragnąłem go obejrzeć i tak zrobiłem.

Akcja filmu toczy się w żydowskim miasteczku czasu wojennego. Kiedy to społeczność dowiaduje się o eksterminacji innego miasteczka przez Niemców, postanawia sfingować swój wywóz do obozu, a tym samym uciec do Palestyny i tutaj zaczyna się akcja całego filmu.
Oczywiście w filmie jest wiele momentów zabawnych, ale są też takie które napełniają grozą. Szczególnie ostatnia scena napawa mieszanymi uczuciami i daje dużo do myślenia. Całość dopina piękna, muzykalna i liryczna jednocześnie muzyka klezmerska. 
Film ten został nakręcony w 1998 roku, może niektóry z Was się z nim spotkali, am może inni jeszcze nie, tak jak ja do niedawna. Bardzo zachęcam do obejrzenia tego filmu. Jako zachętę proponuje obejrzenie, a raczej wsłuchanie się w jeszcze jedną scenę:
Ten film na pewno, pozostanie w mojej pamięci jeszcze na długo.

Krzepiące śniadanie, czyli jabłka owsianka zapiekana z jabłkami

Dzisiaj zainspirowany przepisem znalezionym TUTAJ postanowiłem zrobić sobie ciepłe śniadanie. Jak dla mnie takie śniadania mógłbym jeść całą jesień i zimę. 

Do przygotowania tej słodkiej zapiekanki, bo moim zdaniem można to danie zaliczyć do zapiekanek, potrzeba

3-4 łyżki płatków owsianych
2 jabłka
jeżyny (nie obowiązkowo) 
średniej wielkości kulkę kruszonki
1 łyżkę cukru
Pierwszym etapem jest starcie jabłek. W oryginalnym przepisie wykorzystany był mus jabłkowy, ale ja wolę jabłka w postaci grubo startych prążków. Aby jabłka lekko zmiękły posypałem je łyżką cukru.
Dalej trzeba zrobić owsiankę. I ten etap przygotowań trochę zmodyfikowałem. Dolałem więcej wody i dłużej gotowałem, aż do uzyskania konsystencji budyniu. Taką masę owsianą wyłożyłem na dno naczynia żaroodpornego.
Następnie na owsiankę wyłożyłem przygotowane uprzednio jabłka, które posypałem kruszonką. Aby urozmaicić smak do zapiekanki dodałem zamrożone jeżyny, o których wcześniej wspominałem (TUTAJ).
Co do kruszonki, to miałem już wcześniej przygotowaną. Do jej zrobienia potrzeba równych porcji masła=cukru=mąki
Wszystkie składniki należy po prostu zagnieść, aż do uzyskania masy podobnej do plasteliny. 
Tak więc kruszonkę umieściłem na samej górze zapiekanki i piekłem 15 min w piekarniku nagrzanym do 220 stopni.
W efekcie wyszła aromatyczna, pożywna i o pięknym złotym kolorze owsiankowo-jabłkowa zapiekanka.

Nowy pomysł na ramę

Już poprzednio wspominałem, że zamierzam wykorzystać klucze z babcinej piwnicy. Muszę przyznać, że przymierzałem się do tego już od dawna. Zaczynając od początku – z babcinej piwnicy wydobyłem stary obraz, który przedstawiał jelenie na rykowisku.

Obraz spędził wiele lat w piwnicy, ale nie był zbytnio zniszczony. Choć jego stan nie był opłakany, ale to nie mój styl. Postanowiłem wykorzystać tylko ramę, a obraz odłożę na strych – może za parę lat okaże się hitem.

No i tak wyjąłem obraz z ramy i zacząłem kombinować z kluczami.
Postanowiłem zrobić coś w stylu łańcucha choinkowego, tylko, że zrobionego z kluczy i sznurka. Każdy klucz przymocowałem za pomącą przełożenia sznurka. 
Teraz pozostało tylko przymocować je do ramy. Tu pojawił się problem, no bo klucze nie są zbyt lekkie. Postanowiłem zaryzykować i wbiłem gwoździe – okazał się to dobry pomysł.
Z ostatecznego efektu jestem zadowolony. Sądzę, że prezentuje się nie najgorzej. Pasuje do lampki, o której już wcześniej pisałem (TU). 
A jak Wam się podoba taki sposób na wykorzystanie zapomnianych przedmiotów? 

A mnie jest szkoda lata – piosenka na jesienną aurę

Tak, jak wcześniej pisałem (TU) będę chciał się raz w tygodniu dzielić  z Wami jedną piosenką z mojej winylowej płytoteki.
Ty razem piosenka też jest nie najmłodsza. Pochodzi ona jeszcze sprzed wojny, przesycona jest ona duchem przedwojennych, Warszawskich kabaretów. Śpiew ją Andrzej Bogucki, który był Polskim aktorem i śpiewakiem.


Andrzej Bogucki

Piosenka pochodzi z płyty, którą zakupiłem w sklepie z płytami w Katowicach, o którym już wcześniej wspominałem (TUTAJ). Jest to składanka piosenek kabaretów z przedwojennej Warszawy. Moim zdaniem, płytę tą kupiłem nieużywaną, ponieważ wewnętrzna koperta była zaklejona, a na płycie nie ma żadnych śladów użytkowania.

Zapraszam do wysłuchania:

Inne wersje, które mi się spodobały i które udało mi się znaleźć:
Jerzy Połomski
Wersja na akordeonie

A która wersja się Wam najbardziej podoba?

Nocne bułeczki

Wczoraj byłem bardzo zmęczony po ciężkim, ale owocnym tygodniu. Również sobota była pracowita i pełna rodzinnego ducha. Lubię, jak się tak dużo dzieje, niestety zazwyczaj później jestem padnięty. A ja. jak to ja – odpoczywam piekąc, albo robiąc coś w kuchni. 
Jeśli u nas w domu jest ciasto, oznacza to, że byłem zmęczony i musiałem odreagować. A tym razem miałem po czym: egzamin, tygodniowe przygotowywania do niego, no i laptop, który się popsuł i kontakt z nie do końca przyjaźnie nastawionym serwisem Samsunga. 
Więc pogrzebałem trochę w sieci i znalazłem takie cudo. Postanowiłem zrobić, jak je nazwałem, nocne bułeczki. Są to, proste w przygotowaniu, bułeczki, które wyrabia się wieczorem i rano piecze na śniadanie.

Do przygotowania około 12 bułeczek, choć moim zdaniem lepiej jest zrobić mniej większych, potrzeba:

  • 1/4 kostki masła
  • szklankę mleka
  • 1 jako
  • paczkę drożdży suchych
  • 1 łyżeczkę soli
  • 0,5 kg mąki
  • ewentualnie mak do posypania
Najpierw należy rozpuścić masło i pozostawić, aby ostygło. 
Muszę przyznać, że robiłem te bułeczki i jednocześnie oglądałem Mam Talent – przedługie reklamy TVN-u mi w zupełności wystarczyły. W pierwszej przerwie rozpuściłem masło i wyjąłem składniki, a w następnej odważyłem mąkę, przeniosłem wszystkie składniki do makutry i wyrobiłem ciasto.
Początkowo miało ono w dotyku konsystencję przypominającą gniecione ziemniaki, co mnie ciut zaniepokoiło. Obawiałem się, że coś źle zrobiłem i mi nie wyjdzie.
Na szczęście w miarę, jak je wyrabiałem zaczynało się robić, przyjemnie jedwabiste i miękkie – takie jakie powinno być drożdżowe.  Wyrobione ciasto podzieliłem na 12 części. 
Później pozostało mi tylko zrobienie kulistych bułeczek i wstawienie ich do lodówki.
Reszta należała już do drożdży. Muszę przyznać, że bardzo byłem ciekaw efektu. Już od 6 rano się przebudziłem i nie mogłem spać, ostatecznie wstałem po siódmej. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem to nastawiłem piekarnik na 250 stopni.
Kiedy się nagrzewał, posmarowałem bułeczki mlekiem i posypałem makiem. Wstawiłem do piekarnika na około 10 min. Po tym czasie pięknie się zarumieniły i były już prawie gotowe do zjedzenia – musiałem poczekać, tylko aż ostygną.
Początkowo nie byłem przekonany do tego przepisu, bo obawiałem się, że mogą wyjść gniotki, ale przyznaję się, że pozytywnie się zaskoczyłem. Jak na mój pierwszy raz z tym przepisem wyszły całkiem smaczne. 
W niedzielny poranek nic mi więcej nie potrzeba, jak aromatyczna kawa i ciepłe bułeczki z miodem.

Jesień, jesień już…

Choć dopiero za trzy dni nadejdzie kalendarzowa jesień, już od początku września odczuwam jej obecność. Teraz już nawet w moim ogrodzie zaczyna się gościć i rozsiewać swoje ciepłe kolory.


Na ten czas idealna jest piosenka Leszka Długosza:
Słoneczniki tymczasem, typowo letnie, jak dla mnie, jeszcze resztkami sił otwierają ostatnie, coraz mniejsze pączki.

Ostatnie pomidory dojrzewają na krzakach.

Aksamitki chwalą się swoimi pomarańczowymi kwiatami. 
Gdzieś zagubione astry zaczynają nieśmiało myśleć o kwitnieniu.
Nawłoć powoli przekwita.
A do tego wszystkiego, wszędzie, po prostu wszędzie rosną małe, figlarnie wyglądające grzybki, które nie wiem czy są jadalne. Ta deszczowa i czasami słoneczna aura im sprzyja.

Mam nadzieję, że będą one prognostykiem maślaków, które rok temu się pojawiły i może będą i w tym 🙂

Cytrynowo – miodowy napój na ponurą aurę

Dzisiaj chciałbym się podzielić jednym z moich sposobów na poprawienie sobie humoru, a i przy okazji i odporności podczas jesiennej aury.
Jest to ciepły napój, do przygotowania, którego potrzeba tylko:
Około 1 litr ciepłej wody
1 cytrynę
kilka łyżek miodu
Cytrynę przed przekrojeniem należy po-dociskać kilka razy, żeby lepiej było z niej wycisnąć sok. Ja wyciskam ją przez wyciskarkę, można oczywiście wycisnąć z niej sok bezpośrednio do wody, ale ja nie lubię pływających pestek.
Do wyciśniętego soku dodaję dwie łyżki miodu i mieszam, żeby się dokładnie połączyły. Można osobno wlać najpierw sok, a następnie wszystko mieszać, ale w moim dzbanku podczas mieszania lubi się trochę rozchlapać i na dnie słabo się miesza.
Miodu można dodać, oczywiście w zależności od upodobań oraz od smaku miodu. Ja wolę smak bardziej wytrawny, więc dodaje tylko dwie łyżki miodu, który przywiozłem z wakacji
Całość, po dokładnym wymieszaniu wlewam do wody i jeszcze raz mieszam, tak tylko dla formalności. I napój jest już gotowy. Jednak należy pamiętać, żeby woda nie była zbyt gorąca, bo miód straci wszystkie swoje dobre składniki 😉